Świadectwo Anny

 


Witajcie

Mam na imie Anna



To moja trzecia próba napisania swego świadectwa, a raczej bym nazwała to opowieścią mojego życia i tego, co Bóg do tej chwili dla mnie uczynił. Nie znam zakończenia swojego życia... Ufam, że to nie koniec, a życie z Bogiem jest nad wyraz inspirujące. I nawet, jeśli nie do końca rozumiem, co to znaczy żyć wiecznie, to wiem, że teraz chce mi się żyć.

Tak, więc ufam, że do tego życia też zostałam powołana. Łańcuszek zdarzeń pokazuje, że nie bez powodu jest to, co przeżywamy, aby w konsekwencji Bóg uczynił nas ludźmi wierzącymi.

Jako dziecko tego nie rozumiałam. Dziś widzę to już z innej perspektywy.
Jako dziecko zadawałam sobie pytanie, dlaczego akurat ja tak bardzo cierpię?
Dlaczego nie mogę mieć tego, co mają inni? Wspominam, że, jako dziecko z mamą wieczorami odmawiałyśmy „paciorek”. Było to przeżycie, które zostawiło we mnie ślad. Wspominam to zawsze ciepło i miło. Nazwałabym to moim pierwszym zetknięciem w poznawaniu innego świata i chyba, jako mała dziewczynka bardzo w to wierzyłam. Tak jak w świętego Mikołaja. Mama była pierwszą osobą, która zasiała we mnie iskierkę wiary.


Potem pamiętam w domu zaczął się pojawiać często alkohol i imprezy do późnych wieczorów, a w ślad za tym szły awantury. Życie zaczęło się przeobrażać w coraz to większy koszmar, a z upływem lat dowiedziałam się też, że mama chciała mnie usunąć, i że to tato stanął w obronie mojego życia. Tak, więc jestem i cieszę się z tego ogromnie, a zwłaszcza, że mogłam doświadczyć Boga w swoim życiu w tak donośny sposób. Gdy wspominam, co dla mnie uczynił wielka wdzięczność rodzi się w mym sercu. Nie było łatwo, ale jakoś zamiast obrażać się na Boga właśnie w swym cierpieniu szukałam Go, ale w takim sensie, że wołałam do Niego, bo za bardzo nawet nie wiedziałam, co należy czynić, aby mu się podobać. Tak też przychodziło na swój sposób ukojenie z powodu modlitwy.


Czasami z rodzeństwem chodziło się na msze święte. Wiem, że z pewnością bardzo mnie gdzieś to poruszało, bo m.in w swoich zabawach bawiłam się w zakonnicę, która odprawia msze, albo często też się przebierałam za zakonnicę. W domu się nie przelewało, wdarł się głód, bieda, cierpienie, osamotnienie, ból, wypaczenie, ohyda, przemoc, poczucie krzywdy, zaczęła się rodzić nienawiść, nienawiść za wyrządzone krzywdy. Byliśmy po prostu dzieciakami z patologicznej rodziny.
W szkole był też pewien chłopak, który bardzo mi dokuczał, na tyle, że obrzydził mi chodzenie do szkoły, więc zaczęłam wagarować i szukać towarzystwa, które by mnie akceptowało. Towarzystwo to piło, paliło i czasem klej wąchało. Dziś z pewnością mogę stwierdzić, że profilaktyka w szkole nauczyła mnie tego, aby mieć pewne granice. Tak, więc obracałam się w tym towarzystwie, ale ucząc się palić papierosy. Był pewien przełom, kiedy się przeprowadziliśmy. Nalegałam na rodziców, aby mnie przepisali do innej szkoły, bo do tamtej było już dalej, ale też byłoby mi to na rękę z powodu owego kolegi.


W domu źle, w szkole źle, w głowie też było bardzo źle, bo zaczęły się rodzić myśli samobójcze w stylu zabij się, zabiję się. Na tyle, że już były tak notoryczne, że wzięłam tabletki na serce i najadłam się. Głównym powodem było właśnie to, że rodzice nie chcieli mnie przepisać do innej szkoły, a ja już nie chciałam tak żyć. Więc, gdy już połknęłam je wystraszyłam się i nie poszłam do szkoły.
Rodzice oboje byli w domu pytając, co się dzieje. Kiedy przyznałam się, że najadłam się tabletek, ojciec wpadł w furię i tak mnie zlał jak nigdy w życiu. Na karetkę czekałam z około godziny. Tak, więc cały ten stres spowodował, że soki moje trawienne przestały funkcjonować, a w szpitalu zwymiotowałam chyba wszystkie tabletki, rozpuściła się tylko niebieska otoczka. Mogę chyba drugi raz zawdzięczać tacie uratowanie mojego życia :) Po tym zdarzeniu uzyskałam oczekiwany efekt, ale również lekarze chcieli podać tatę do sądu, że tak mnie dotkliwie pobił. Miałam wtedy wielką chęć by nakłamać, bo może w ten sposób moje problemy by się rozwiązały, a pobyt w domu dziecka chyba wydawał mi się szczęśliwszy. Ale tak naprawdę, w głębi serca, marzyłam by mieć normalną rodzinę. Fakt, że zmieniłam szkołę był na tyle pocieszający, by chyba tego nie uczynić. Tam ciepło mnie przyjęli i odzyskałam poczucie własnej wartości, które budowałam na akceptacji rówieśników. Szkoła podstawowa się kończyła i wybrałam szkole 4km oddaloną od mojej miejscowości, choć rodzice wcale się na nią nie zgadzali. Myślę, że wcześniejsze zdarzenie otworzyło mi furtkę do wolnego wyboru. Tam nawiązałam przyjaźń z pewną dziewczyną, jako nastolatka już zaczęłam marzyć o tym, aby mieć chłopaka gdyż inne koleżanki już spotykały się z chłopcami. Moja przyjaciółka również miała chłopaka, którego wzięli na służbę do jednostki wojskowej. Ułożyło się tak szczęśliwie, że był u nas w mieście. A że dziewczyny, które chodziły pod koszary były obgadywane, więc, aby było jej raźniej zabierała mnie na widzenia z nim.


Pewnego dnia służbę w pokoju odwiedzin miał pewien chłopak, który bardzo wpadł mi w oko i ja jemu też. Jednak moje poczucie wartości nie pozwalało mi podejść i zapytać go o imię. I tak z wielkim smutkiem i rozczarowaniem opuściłam to miejsce z przekonaniem, że go już więcej nigdy nie spotkam, bo odnalezienie go wśród tylu „chłopa” graniczyło z cudem. Więc opłakiwałam go w domu nazywając go pionkiem, bo miał taki szpiczasty nosek. Pogrążona w samotności, w tęsknocie za miłosnymi uniesieniami, rodziły się myśli (zapewne słyszane przez Boga), że inne dziewczyny mają chłopaków, a ja nie.
W szkole też codziennie go wspominałam, aż pewnego dnia przyjaciółka zapytała czy chcę go poznać? Oniemiałam z wrażenia - ona po prostu dała mi na niego namiary, Okazało się, że spotkała go, a on dał jej namiary na siebie w jednostce wojskowej, tak abym mogła go odwiedzić. Wiedziałam jedno, nie mogłam takiej okazji przegapić. Poszłam wywołałam i tak zaczęła się nasza znajomość, Zaczęłam go odwiedzać, po czym zakochałam się w nim, ale do końca służby zostały mu 3 miesiące. Wyjechał, więc do swojego miasta i zerwał ze mną kontakt. Przeżyłam to strasznie.


Pod swoje skrzydła wziął mnie braciszek, z którym chodziłam to tu to tam.
Zaczęłam odwiedzać na dyskoteki, a tam poznałam  mojego kolejnego chłopka Związek trwał 8 miesięcy, a po rozstaniu z nim zaczęłam się głodzić i wołać do Boga. Wspominam również, że będąc w szkole średniej przeżywałam bardzo rekolekcje, ale one unosiły mnie tylko na chwile w całkiem inną rzeczywistość, zaś zawsze, gdy cierpiałam choćby z powodu rozstania wiedziałam, że właśnie w Bogu znajdę ukojenie. Lecz rosnąca wciąż nienawiść do matki rosła w moim sercu, na tyle, że cyrklem w boazerii wyryłam: „Boże chroń nas od złego”. Nienawiść ta na tyle już była silna, że byłam w stanie zrozumieć osoby, które zabijały w swej nienawiści inne osoby, a w głowie rodziły się bardzo czarne scenariusze. Więc powiedziałam do siebie i do Boga, że jeżeli usłyszę z jej ust słowo przepraszam to jej wybaczę wszystko! To graniczyło jednak z cudem, bo nigdy nie przepraszała, aż pewnego dnia przyszła lekko wypita, schyliła się do mnie, bo siedziałam na fotelu, przytuliła się, a cała tak potężna nienawiść, żal, gniew odszedł w tej jednej chwili. Potem jeśli już doświadczałam pewnych przykrości z jej strony, raczej patrzałam na nią z litością, a nie z nienawiścią.


Oderwania szukałam poza domem, bracia również zaczęli mnie zabierać na partie szachów do swych kolegów i tam poznałam następnego chłopaka, w którym się zakochałam, był to syn katechetki tak, więc coniedzielne msze były obowiązkowe. Tam Słowo Boga zaczęło do mnie docierać. Co objawiało się m.in w postaci tego, że raz pozwalam się dotykać swojemu chłopakowi, a raz nie? Pojawił się również sex. Wiedziałam, że to jest złe, że przed ślubem, ale zabijałam też wyrzuty sumienia. Przecież wydawało się to takie normalne.

Nieopodal jego domu w podwórku znajdowała się pewna kaplica. Byli to ludzie innego wyznania, którzy „nie wierzyli w Maryję”. Pewnego razu w niedzielę z tego tytułu podgłosiłam muzykę, aby im troszkę poprzeszkadzać w nabożeństwie.


Przez cały okres szkoły średniej paliłam papierosy, ale też podejmowałam trud zerwania z tym. Lecz ciągle gdzieś tam ulegałam pokusie i wracałam znów do tego. Tak, więc byłam bardzo chwiejna. Pewnego razu usłyszałam na kazaniu, że Bóg nie lubi osób chodzących dwiema drogami. Wiedziałam, że to do mnie i czułam się zobowiązana dokonać wyboru. Wybrałam, że chcę być ta zła gdyż nie mam siły chodzić Bożymi drogami.


Pamiętam dzień śmierci Papieża, wydarzyło się wtedy coś niecodziennego. Przed komunikatem w tv o jego śmierci spaliłam ostatniego papierosa i gdy już powiadomili nas o tym fakcie powiedziałam sobie, że nie palę. Od tamtego dnia nie palę. Ale to rzucenie palenia odbyło się bez żadnej pokusy, miałam wrażenie jakby kusiciel ode mnie odstąpił, a ja całkiem wolna odstąpiłam od nałogu. Nie wiedziałam, co to ma znaczyć? Przecież moje życie nie było na chwałę Boga, a jednak spotkało mnie wtedy takie niezasłużone dobro z Jego strony. Podziękowałam Bogu, ale wspomniałam, że mimo to nie mam siły iść za Nim.
Byłam zniesmaczona faktem, że gdy Papież umierał, mój chłopak biegał w poszukiwaniu trawki.
Każdy następny dzień przybliżał naszego związku. W swoim cierpieniu wołałam do Boga. Straciłam wiarę w miłość między mężczyzną, a kobietą. Zaczęłam mieć o tym całkiem inne wyobrażenie. Czekałam na moją wielką miłość gdzieś tam daleko, bo niedorzeczne wydawało mi się, że spotykam kogoś w swoim mieście i po prostu stanie się on moim mężem, więc szukałam czegoś bardziej wzniosłego.


W między czasie zaczęłam wchodzić na czat religia i tam poznałam pewną katechetkę baptystkę. Troszkę mi wspominała o swojej wierze, ale też zapamiętałam, że dość mocno zachęcała mnie do czytania Biblii.


W międzyczasie wyprowadziłam się od rodziców do siostry.
Dzięki mojej przyjaciółce, odnowiłam kontakt z Krystianem - moją pierwszą miłością. Okazało się, że ma narzeczoną, że starają się o dziecko tylko, że coś nie może zajść w ciążę. Nawet zrobili sobie badania na bezpłodność, ale między nimi zaczęło się psuć, a ja byłam dla niego przyjaciółką. Kontaktowaliśmy się przez internet. Pewnego dnia tak się pokłócili, że zadzwonił i zapytał czy może do mnie przyjechać.
Od tamtej chwili wszystko zaczęło się zmieniać. Imponowało mi to, że pokonuje ponad 200km, aby się ze mną spotkać. To było właśnie to. Moja pierwsza utracona miłość była w zasięgu mojej reki, w dodatku ktoś z daleka. Urodziła się wtedy myśl, że Bóg wiedział, że tylko w taki sposób jestem w stanie uwierzyć w miłość. Zaszłam z nim w ciążę, więc było to też takie wyjątkowe, gdyż jego narzeczona nie mogła, a czemu ja mogłam? Po krótkim zaś czasie ona zaszła w ciążę, ale już z innym chłopakiem, co mnie umocniło w przekonaniu o wyjątkowości tych zdarzeń. Pojechaliśmy razem na Woodstock. Tam Gedeonici rozdawali Nowe Testamenty. Ja wzięłam biały, a on niebieski. Z tym zaopatrzeniem przeprowadziłam się do jego miasta i zamieszkaliśmy razem. Tęsknota za domem, trudność odnalezienia się w otoczeniu nie pomagała mi. Szybko pojawiła się myśl, że, związek to raczej pomyłka niż wielka romantyczna miłość. Wiedziałam, że żyjemy w grzechu, mimo to prosiłam Boga o miłość między nami. Na ile umiałam na tamtą chwilę walczyłam o nasz związek. Ale działo się źle. On zaczął szukać sobie na internecie innych dziewczyn. Potem doszły wyzwiska, przepychanki. Nie chciałam takiego życia, ani tego, aby moja rodzina była rozbita. To czego się obawiałam spadło na mnie z całą siłą. On znalazł sobie inną. Mój dom runął, a upadek jego był wielki!  Byłam mu w stanie wszystko przebaczyć byleby został, chciałam dla niego też się zmieniać. Pomyślałam sobie wrócę do Boga, a On odda mi rodzinę i w tym kierunku uderzałam, aż Krystian się dziwił, że mnie nagle tak na Boga wzięło. Chciałam zacząć budować od nowa. Wiedziałam, że tak źle się dzieje gdyż nie mamy w sercu Boga. Tyle wiedziałam na pewno. Jednak była też tamta kobieta, która wałczyła o niego. Mnie i synowi wynajęli mieszkanie, abyśmy mogli się wyprowadzić. Tam zabrałam ze sobą te dwa nowe testamenty. Mój biały o dziwo, gdzieś się zapodział, ale ten jego niebieski nie. W swojej samotności zaczęłam czytać tak, wspominając zachęty tamtej baptystki. Czytałam i płakałam. Było to jak żywe spotkanie z Chrystusem. Utożsamiłam się z kobietą cudzołożną. Dużo nie rozumiałam, ale był to punkt zwrotny w moim życiu. Dziś to wiem.


Małymi kroczkami starałam się być lepsza, zawsze na tyle ile rozumiałam.
Postanowiłam też wrócić do mojego rodzinnego miasta. Moja siostra zajęła się moim synkiem, a ja poszłam do pracy. Jednak przyszedł czas, kiedy i ona musiała pójść do pracy Miałam ogromny problem z opieką dla mojego synka, gdyż do przedszkola się nie dostał. Na rodziców ze względu na ich nałóg nie mogłam liczyć. Zaczęłam prosić Boga, aby znalazł odpowiednią opiekę dla niego. W ten sam dzień, gdy szłam zmartwiona spotkałam znajomą, która powiedziała, że chętnie zajmie się moim synkiem. Ucieszyłam się, myśląc, że tak szybko Bóg odpowiada na modlitwy. Siostra wyjechała, a ja kombinowałam swoimi sposobami, to brata zatrudniałam, to tatę prosiłam, ale zdarzało się, że się napił i musiałam się z pracy urywać. Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym miała normalnych rodziców to nie musiałabym mojego synka dawać po obcych ludziach. Nie minęło wiele czasu a moja mama zatruła się alkoholem, co tak ja dotknęło, że przestała po prostu pić. Mój tato przy jej postanowieniu bardzo ograniczył swoje picie i zajęli się moim synkiem. Do dziś za to Bogu składam hołd, oddaję cześć i uwielbienie, bo spełnił moje największe marzenie z dzieciństwa. Zaczęłam znowu mieć normalną rodzinę i to w momencie, w którym tak bardzo tego potrzebowałam.
Było to dla mnie jak rozstąpienie się morza. Tam gdzie nie ma dróg, Bóg wkracza w Swojej mocy, by nas ocalić. Alkoholicy trudzą się aby wyjść z nałogu, a tu jakby wszystko pod osłoną, natychmiast nadeszła pomoc.


Odwiedzali  mnie Świadkowie Jehowy, co spowodowało, że zawstydzali mnie swoją wiedzą i zaczęłam badać, w co ja wierzę i do późnych wieczorów przesiadywałam przy Biblii porównując przekład tysiąclecia i ich przekład, który dostałam na pamiątkę od kolegi z pracy, który był świadkiem. Tam też miewaliśmy długie rozmowy o Bogu. Powiedział mi, że jeżeli uporządkuje swoje sprawy z Bogiem to On uporządkuje moje życie.


Zaczęłam też już sama od siebie, uczęszczać do kościoła, poszłam do spowiedzi, między innymi w tym czasie zostałam uwolniona od potężnych wyrzutów sumienia, z którymi borykałam się długie lata, ponieważ, jako nastolatka zrobiłam coś okropnego. Ale tylko dlatego, że nazwałam grzech po imieniu, nie ubierając go w piękną otoczkę. Łzy rzęsiste lały się strumieniem tak jakbym na nie w ogóle nie miała wpływu.
Czułam mocno, że wiele zostało mi przebaczone.


Ochrzciłam dziecko. Przystąpiłam do sakramentu bierzmowania. Przy jego okazji zdarzyło się coś czego się nie spodziewałam. To było jak jakieś uderzenie. Otrzymałam krzyż z trzema postaciami. Wyobrażenie Ducha Św. jako gołębia byłam w stanie przyjąć. Jezusa ukrzyżowanego też, ale trzeciej postaci starca nie byłam w stanie zrozumieć. Zaczęły rodzić się wątpliwości i znając już Stary Testament i wiedząc, jakie podejście Bóg miał do bałwochwalstwa zaczęłam się po prostu bać, że tym samym mogę obrażać Boga. Zaczęłam szukać, a moje wątpliwości wracały dla mnie jak bumerangi.
Pozostawałam jednak, mimo tego całego zgiełku we mnie, wierna swojej religii. Zaczęłam też pomagać w sprzątaniu kościoła, było to moim marzeniem i uważałam to naprawdę za zaszczytny cel. Uderzyła we mnie pewna myśl, bo stały tam dwie popękane figury z gipsu z odłamanymi palcami. Pomyślałam to nie jest mój Bóg, że to Jego wręcz obraża i parę innych uderzających wątków wracało, z którymi wiedziałam, że muszę się rozprawić. Stało się jednak coś jeszcze.
W tej parafii był pewien ksiądz, w którym się zakochałam. Doszło między nami do paru spotkań, na których szybko zrozumiałam, jak bardzo krzywdząca jest formuła celibatu. Z drugiej strony wiedziałam, że gdyby nie ten celibat to nigdy bym go nie poznała, bo pewnie miałby już żonę. To była kropla, która przelała szalę. Prosiłam Boga, aby mnie zabrał od niego, bo było to nieprawidłowe i grzeszne. Toczyłam wtedy wielką wewnętrzną walkę w środku.


Stało się tak, że byłam w trakcie poszukiwania innej pracy, gdyż w tamtej nie mogłam zostać. Pierwsza trafiła się Holandia, więc tam pojechałam. Tam też zetknęłam się z kościołami protestanckimi. Z ciekawości zaczęłam czytać o protestantyzmie na Internecie. Uczęszczałam tam na nabożeństwa, ale był tam także kościół katolicki, gdzie również chodziłam. Byłam rozbita, wieź z Bogiem pomagały mi utrzymać pieśni zgrane na malej mp3.


Gdy wróciłam zaczęłam, szukać kościołów protestanckich w mieście. Okazało się, że jednym z nich była właśnie ta mała kaplica i ludzie, którym dokuczałam, a gdzie obecnie uczęszczam.
Wyjeżdżając z Holandii oddałam ten Nowy Testament koledze. Bumerang w postaci wątpliwości, co do rzeźb i figur już nie wraca.


Pewne wydarzenia musiały się stać, abym wkroczyła na inny tor. Bóg wiedział, że tylko w taki sposób jestem w stanie uwierzyć w miłość, czyli w Niego Samego, bo On jest miłością. Szczerze wątpię, abym uwierzyła, gdybyśmy się wtedy po prostu zeszli z ojcem dziecka, gdyż nie było solidnego gruntu, ani poznania. Może gdybym dostała to, co chciałam, to w swej sytości po prostu bym odpuściła? Tak jak powiedziałam Krystianowi, że jest moim przeznaczeniem, tak dziś wiem, że moim przeznaczeniem, jak również innych, jest należeć do Chrystusa. Imię zaś Krystian znaczy należący do Chrystusa.


Dziś już odczytuję w toku wydarzeń, że może nie odzyskałam rodziny w taki sposób, jak chciałam, ale Bóg oddał mi rodzinę tu w moim rodzinnym mieście, o które gorąco się modlę.
Między mną a Krystianem jest zapewne więcej porozumienia i miłości niż było jak byliśmy razem. Może nie mogę być z nim tu w fizyczny sposób, ale proszę Boga, abyśmy spotkali się po drugiej stronie i mogli kochać się tam.

 

Przystanek Niebo.
Wierze w Bożą obietnicę, że tam trafię.
Mam tez nadzieję, że Krystian pozwoli Bogu dotknąc swego serca.

Serdecznie pozdrawiam.

Ania

Psalm 107
Oddając Bogu chwałę.