Po co żyję? Dlaczego istnieję?

Po co żyję? Dlaczego istnieję?

Te pytania nurtowały mnie i często zastanawiałem się nad sensem mego życia. Jak wiele książek zostało napisane na ten temat? Ilu filozofów wypowiadało się nad sensem życia? Mimo, że człowiek nie znalazł odpowiedzi to jednak jest ona tak blisko. Gdy doświadczyłem bliskości Chrystusa moje wątpliwości co do sensu i celu w życiu przestały istnieć. Nim jednak to nastąpiło moje „życiowe kroki” skierowane były raczej ku własnej zgubie. Dzieciństwo oraz wiek nastoletni (niestety już minął) upłynęły dosyć beztrosko. Wychowałem się w normalnej rodzinie (z mamą, tatą i bratem), która miała dni lepsze i gorsze. Można ogólnie powiedzieć, że żyło nam się dobrze. Miałem kochających rodziców (teraz żyje tylko mój tato), z bratem też byliśmy bardzo zżyci, więc nie miałem specjalnych powodów by iść „ złą drogą”. W czasie gdy byłem nastolatkiem nie interesowałem się zbytnio szkołą. Poddając się lenistwu i złym pragnieniom wkrótce zacząłem zbierać owoce swojego postępowania. Byłem bardzo ciekawy tzw. „zakazanych owoców”, będąc także człowiekiem skrytym i zakompleksionym zacząłem znajdować ucieczkę w alkoholu i narkotykach. Miałem także grupę przyjaciół z którymi założyłem zespół muzyczny. Był to czas fascynacji gitarzystami, zespołami, gwiazdami muzyki itp. Cały ten klimat przesiąknięty był wszelkimi dostępnymi używkami, bez jakichś zahamowań moralnych. Gdy przeszedłem na twarde narkotyki proces śmierci mojej relacji z rodziną, przyjaciółmi, którzy żyli na trzeźwo, mojej osobowości i uczuć zaczął się przyśpieszać. Będąc w zawodówce zaczynałem od kleju i piwa, byłem zbuntowanym pankiem i luzakiem nie uznającym żadnych autorytetów. Mając około 18 lat gdy sięgnąłem po polską heroinę stałem się ćpunem. Oczywiście na początku wyglądało to niewinnie, jednak po paru latach nie miałem już złudzeń. Zdawałem sobie sprawę, że nie ja kontroluję narkotyki lecz one kontrolują mnie. Grzech, chodź ma różne formy to zawsze niszczy i okrada. Umarły moje marzenia, uczucia wygasły, przyjaźnie dawno minęły, relacje z rodziną też się urwały, był tylko jeden cel. Zdobyć narkotyk bym mógł w ogóle funkcjonować. Teraz wszelkie relacje oparte były na wspólnym interesie. Mój tato robił co mógł by mnie wyrwać, jednak związanie uzależnieniem było silniejsze. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo cierpiał. Żeby za wiele już się nie rozwodzić nad tzw. „starym życiem” wspomnę jeszcze o pewnej chwili, gdy siedziałem w domu i zastanawiałem się nad swoją przyszłością. Takie chwile refleksji czasami się zdarzały. Gdy próbowałem spojrzeć „przed siebie”, nie mogłem znaleźć żadnej nadziei. Czegoś czego mógł bym się uchwycić. Wyglądało to mniej więcej tak; bez pracy, bez żadnych perspektyw, chociaż prawdę mówiąc były pewne możliwości- albo więzienie, albo tułanie się po melinach i dworcach, albo śmierć, bardzo ciekawa i zachęcająca przyszłość. Nawet gdy czasem udawało mi się wyjść z tzw „krechy” (stan głodu fizycznego po odstawieniu narkotyków ) aby spróbować żyć na trzeźwo, to po pewnym czasie nie potrafiłem znieść tej wewnętrznej pustki, która mnie ogarniała. Z psychologicznego punktu widzenia być może byłaby postawiona diagnoza depresji, może jakbym poszedł do lekarz to dostałbym jakieś tabletki (wcale nie jestem przeciwny leczeniu przez lekarzy ) ale oprócz uzależnienia mojego ciała i psychiki chora jeszcze była moja dusza, a na to człowiek nie znalazł jeszcze lekarstwa. Nawet gdy będąc trzeźwym postarałem się o pracę, utrzymywałem jakieś relacje towarzyskie, a nawet spotykałem się z dziewczyną, to i tak po pewnym czasie zniechęcony, może znudzony normalnym życiem wracałem do nałogu. W 10 rozdziale listu do Rzym. Nowego Testamentu, w 20 wersecie są takie słowa:„Dałem się znaleźć tym, którzy mnie nie szukali, Objawiłem się tym, którzy o mnie nie pytali. ”Muszę przyznać, że nie szukałem gorliwie Boga, nie zabiegałem o Niego. Jednak potrzebowałem pomocy i zacząłem się do Niego modlić prosząc o ratunek.Nie wierzę w moje dobre chęci, ani w moją silną wolę. (ktoś kiedyś chciał mi w ten sposób wytłumaczyć moją przemianę ). W tym czasie będąc niewolnikiem heroiny i amfetaminy byłem bardziej podobny do zlęknionego kurczaka niż do człowieka o silnym charakterze, który by się przeciwstawił uzależnieniu. Wierzę, że była to Boża łaska, Boże miłosierdzie, w której poruszone zostało moje serce abym się modlił i zaczął czytać Jego Słowo. Modląc się do Boga o ratunek wiedziałem, że gdzieś tam jest, lecz specjalnie nie wierzyłem w Jego działanie. Dzięki temu, że około pięć lat temu ktoś dał mi Boże Słowo (była to mała niebieska książeczka zawierająca Nowy Testament zwana też inaczej „gedeonitką „ mogłem teraz zacząć czytać i poznawać Bożą wolę. Boże Słowo jest takim listem pozostawionym przez Boga dla człowieka. Wtedy oczywiście tak nie myślałem. Około pięciu lat ta „gedeonitka” przeczekała u mnie w szafce za szybą. Wcześniej ani razu do niej nie sięgnąłem. Gdy zacząłem ją czytać, na początku jaj treść była dla mnie jakimś religijnym przekazem, którego w ogóle nie rozumiałem. Będąc przyzwyczajonym do ogólnie przyjętej tradycyjnej formy religii nie zdawałem sobie sprawy, że Bóg chce osobiście mówić do człowieka i mieć z nim bliską więź. Mimo braku zrozumienia co wieczór brałem Nowy Testament i czytałem nie mając pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Po około dwóch tygodniach zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po pierwsze czytając Boże Słowo zacząłem zauważać, że pokazuje i obnaża mój charakter. Musiałem przyznać, taki właśnie jestem. Mimo tego, że zacząłem coraz wyraźniej widzieć swoją grzeszność, to jednak nie odczuwałem potępienia. Można powiedzieć, że było to zrozumienie objawionej prawdy, tzn. faktyczny stan mojej duszy, mojego serca. Trudno mi to opisać, lecz Bóg mówi w swoim Słowie, że jego Duch Święty przekonuje o grzechu, sprawiedliwości i sądzie, a nie potępia. (Ew. Jana 16.8.) Drugim dziwnym zjawiskiem biło to, że im więcej czytałem Boże Słowo, to tym bardziej przeszkadzało mi moje złe postępowanie, także innych osób. Na przykład: zaczęło mi przeszkadzać wulgarne słownictwo, zaczęły odpychać filmy pokazujące brutalne i nieczyste sceny. Gdy pewnego razu upiłem się , to po powrocie do domu czułem tak wielki wstyd i poczucie winy, że zacząłem płakać. Wcześniej nawet powieka mi nie zadrżała, gdy robiłem rzeczy, o których nie warto wspominać. Gdy w mieście pewien znajomy zaproponował mi opakowanie zastrzyków z morfiną to odmówiłem mu, a po paru krokach zastanawiałem się, co się ze mną dzieje. Wcześniej taka propozycja byłaby dla mnie najlepszym prezentem. Jak to często bywało znajomi przychodzili do mnie z towarem (narkotykami ), zacząłem więc mówić, że nie mam pieniędzy. Gdy odmawiałem odczuwałem wewnętrzny spokój, radość i satysfakcje ze zwycięstwa. Dla porównania, gdy kiedyś się spiąłem i odmówiłem, to jeszcze przez kilka minut drżały mi ręce, a w następnym dniu już się poddałem. Teraz było zupełnie inaczej. Nigdy wcześniej nie słyszałem, by Bóg realnie działał w życiu człowieka, dlatego te wszystkie wydarzenia były dla mnie dość szokujące i zaskakujące, a był to dopiero początek. Doświadczając tych wszystkich wydarzeń zacząłem dzielić się o tym ze swoimi znajomymi wspominając oczywiście, że zaczęło się od modlitwy i czytania Słowa Bożego. Reakcje słuchaczy były raczej podobne. Zazwyczaj mówili z politowaniem „ty Andrzeju przestań lepiej brać już te kwasy (narkotyki halucynogenne ) i weź się za siebie”. Niektórzy myśleli, że chyba zwariowałem i w zasadzie wcale się im nie dziwię, prawdopodobnie też bym tak zareagował. Czułem się z tym wszystkim samotny, ponieważ działy się nadzwyczajne rzeczy, których nie rozumiałem i potrzebowałem z kimś o tym pogadać, z kimś kto by wiedział o co chodzi. Zacząłem

więc prosić Boga bym mógł spotkać taką osobę. Po około dwóch tygodniach spotkałem mojego znajomego z osiedla, Marka, z którym także brałem narkotyki. Był jakiś inny, uśmiechnięty i zadowolony, a gdy powiedział, że był w ośrodku chrześcijańskim w Broczynie i przyjął Jezusa Chrystusa jako swego Pana Zbawiciela, to pomimo moich wszystkich wcześniejszych doświadczeń pomyślałem, że jest kosmitą i wrócił właśnie z Marsa. Takie to było dla mnie zaskakujące i dziwne. Jednak Marek był odpowiedzią na moja modlitw. Później spotkaliśmy się jeszcze parę razy i mogłem porozmawiać z nim o Bogu jako o kimś realnym i działającym.

Potwierdził moje przypuszczenia, że Bóg mnie wysłuchał i daje mi swą pomoc by

mnie ratować. Parę dni później nastąpił decydujący krok w moim życiu, który zmieni je o 180 stopni. Mianowicie mój nawrócony kolega (wtedy jeszcze kolega, później już brat w Chrystusie) powiedział mi, że jeśli chcę jeszcze z kimś pogadać o Bogu to jest blisko na ul. Wileńskiej zbór Zielonoświątkowy i tam mógłbym porozmawiać z pastorem. Będąc nieśmiałym takie odwiedziny były dla mnie wielkim wyrzeczeniem, jednak odczuwałem, że powinienem tam pójść. Gdy doszło do spotkania opowiedziałem pokrótce moją historię spodziewając się, że za chwilę usłyszę jakieś

biblijne opowieści. Jednak usłyszałem tylko parę słów „ ty potrzebujesz Chrystusa”. Pastor Jan zapytał jeszcze czy chcę przyjąć Go jako Pana, i czy wierze że umarł za mnie i zmartwychwstał. Mówi się, że przed śmiercią widzi się w jednej chwili całe swoje życie. Siedząc tam w pokoju z pastorem przemknęły mi w myślach różne wydarzenia i pojawiła się pewna refleksja, że doprowadziłem swoje życie do ruiny. Już się nie zastanawiałem co odpowiedzieć.” Tak chcę”, powiedziałem. To tylko dwa krótkie wyrażenia, ale w tym kontekście miały one ogromne znaczenie. Choć tak naprawdę jeszcze nie rozumiałem jakie. Po krótkiej rozmowie pastor Jan pomodlił się ze mną. Wtedy właśnie poprosiłem Jezusa Chrystusa by wybaczył mi moje grzechy i został moim Panem. Muszę przyznać, że spodziewałem się jakichś specjalnych efektów, jakiejś światłości, może głosu z nieba, czy czegoś w tym rodzaju. Ale nic takiego nie nastąpiło. Po moim amen rozstaliśmy się uśmiechnięci i poszedłem do domu. Mogło by się wydawać nic nadzwyczajnego, jednak w czasie powrotu do domu zauważyłem, że jest mi jakoś lekko na duszy i czym dalej szedłem, tym bardziej uświadamiałem sobie wagę mej decyzji. W domu zrozumiałem, że wszystkie grzechy zostały mi przebaczone, cały ten ciężar do, którego tak się przyzwyczaiłem został ze mnie zdjęty. Stopniowo obraz dzieła zbawienia, stawał się coraz bardziej wyraźny. Gdy zrozumiałem, że Jezus umierał na krzyżu za moje grzechy i przelewał swoją świętą krew zacząłem na kolanach, płacząc przepraszać Go za wszystkie nieprawości, których się dopuściłem. Zostałem uświadomiony jak wielką cenę Chrystus zapłacił za moje grzechy. Od tego czasu zacząłem chodzić do zboru na spotkania i nabożeństwa oraz dzielić się z innymi ewangelią. Zafascynowany Bogiem chodziłem jakby „ głową w chmurach”. Trawa stała się jeszcze bardziej zielona, wszystko było jakby wyraźniejsze i piękniejsze, także zmiany w moim sercu. Gdy pewnego razu spotkałem kolegę, wobec którego wcześniej planowałem zemstę to poczułem współczucie i pragnienie by mu pomóc. Chociaż kiedyś mnie okradł to już nie chciałem zemsty. Po prostu mu przebaczyłem. Nie poznawałem samego siebie, ja taki nie byłem. To był Chrystus we mnie. Przyznam, że na początku wstydziłem się mojej nowej tożsamości przed kolegami, obawiałem się ich reakcji. Jednak gdy zdałem sobie sprawę, że wstydzę się Tego, który za mnie umarł i poświęcił całe swoje życie, to zacząłem pokutować. Wyznając wszystko Bogu prosiłem o przebaczenie i odwagę, gdyż brakowało mi jej. Pan Bóg wysłuchał mojej prośby. On jest dobry i wie jacy jesteśmy. Gdy kolejny raz ktoś przyniósł mi towar do domu, to już nie mówiłem, że nie mam pieniędzy, lecz wyznałem Jezusa swoim Panem. Reakcja była porażająca, jednak nie dla mnie, lecz dla tej osoby. Gdy usłyszał to wyznanie zaniemówił i odszedł. Od tamtej pory przestali mi przynosić i proponować narkotyki. W imieniu Jezusa zostałem także uwolniony od wszelkich uzależnień, od alkoholu, narkotyków, papierosów. Człowiek, który jest uzależniony, zniewolony jest przede wszystkim przez swoją psychikę. Fizycznie można się uwolnić jadąc na detoks lub załatwiając sobie odpowiednie leki, jednak pozostaje uzależnienie psychiczne. Pan Bóg w sobie znany sposób dał mi łaskę bym nie musiał się zmagać z pragnieniami i tęsknotą do używek. Zostałem także uwolniony od strasznych koszmarów. Często budziłem się z krzykiem bojąc się dalej spać, gdyż sny te podobne były do krwawych horrorów. Skończyły się one od tego wieczoru, gdy przyjąłem Jezusa Chrystusa jako Pana. Po pewnym czasie przeżyłem chrzest w Duchu Świętym będąc w pracy, w kotłowni na nocce. Było wspaniale tam modlić się na językach, uwielbiać Boga dziękować Mu. Od tamtych wydarzeń minęło już ponad 10 lat. Gdy jeszcze przed nawróceniem trafiłem do szpitala z powodu przedawkowania doświadczyłem śmierci klinicznej. Przez jakiś czas nie miałem ani pulsu, ani bicia serca, jednak Bóg dał mi kolejna szansę. Pewien lekarz powiedział wtedy mojemu tacie, że jeśli nadal będę brał narkotyki to moja wątroba wytrzyma góra dwa, trzy lata. To był około trzech lat przed moim nawróceniem. Jednak Bóg miał swój plan. Oto nowa przyszłość od Niego, mego niebiańskiego Ojca. Wiem, że jestem zbawiony, nie boję się śmierci, bo i nie muszę, wieczność w niebie to wspaniała zachęta do życia na ziemi. Dzięki Jemu mogę patrzeć na życie, na siebie samego i na cały świat z całkiem innej perspektywy. Mogę grać w uwielbieniu, mogę głosić ewangelię, a przede wszystkim mogę polegać na Chrystusie i być z Nim. Nie głoszę i nie chcę głosić ewangelii sukcesu, że wszystko idzie gładko i bez problemów (najwięcej chyba ich miałem sam ze sobą ) przeżywałem jako wierzący różne chwile, dobre i złe, ale przechodzić je z Chrystusem to co innego. Bo On nigdy mnie nie zawiódł i nie zawiedzie.

Przecież obiecał to w swoim Słowie, a jest godzien wiary.

Andrzej