Jak przestać się martwić i zacząć żyć

Jak przestać się martwić i zacząć żyć”

W młodości moja edukacja religijna zakończyła się na etapie pierwszej komunii. Później nie odczuwałem potrzeby wypełniania jakichkolwiek czynności związanych choćby pośrednio z religią. W dorosłym życiu uważałem siebie za wykształconego, światłego materialistę i ateistę. Twierdziłem, że Bóg został stworzony przez ludzką wyobraźnię, aby w ten sposób wyjaśnić to, czego niewykształceni ludzie nie potrafili sobie wyjaśnić. Byłem przekonany, że tylko kwestią czasu jest, gdy rozwijająca się szybko nauka odpowie na wszystkie pytania ludzkości. Jednocześnie żyłem „pełnią życia”. Poza morderstwem nie były mi obce żadne grzechy określone dekalogiem, a wszystkie były przyjemnością. Po dwudziestu latach służby wojskowej, w listopadzie 1989 roku zdjąłem mundur i rozpocząłem poszukiwania nowego źródła utrzymania mojej pięcioosobowej rodziny. Kryzys początku lat dziewięćdziesiątych dał się nam mocno we znaki. Nie miałem pracy i całe moje wyobrażenie o swojej wartości legło w gruzach. Dziś mam świadomość tego, że Bóg w ten sposób przygiął mi karku i utarł nosa, abym uznał Jego zwierzchność.

Żona moja przyniosła pewnego razu do domu kieszonkowe wydanie Nowego Testamentu, w niebieskich okładkach. Leżał jako ciekawostka na półce, bez żadnego naszego zainteresowania treścią. Poprzez koleżankę żony z pracy poznałem natomiast wierzących ludzi. Zostałem zaproszony na nabożeństwo i spodobało mi się. Nigdy wcześniej nie miałem kontaktów z chrześcijanami wierzącymi ewangelicznie. Zacząłem uczęszczać na spotkania i nieśmiało czytać Pismo. Pierwsze, co Bóg mi zabrał to był nałóg palenia papierosów. To było na początku mojej drogi do Niego. W listopadowy wieczór telefonowałem do moich rodziców, gdzie był w tym czasie najmłodszy mój syn. Akurat był to „dzień bez papierosa” nagłaśniany w mediach. Wtedy to 5-letni dzieciak powiedział mi przez telefon: „tato, ty nie pal papierosów, bo będziesz chory i umrzesz”. Dla spokoju odpowiedziałem mu „dobrze, nie będę palił” i po odłożeniu słuchawki sięgnąłem po kolejnego papierosa. Po około 10 dniach pojechałem po syna do rodziców, a ten już w progu zaskoczył mnie pytaniem „czy ty palisz?”. Mając w kieszeni papierosy i zapalniczkę, zupełnie bezczelnie powiedziałem „nie palę”. W drodze powrotnej do domu, gdy mały zasnął wyszedłem na papierosa i wyrzuciłem niedokończywszy palenia. To był ten mój ostatni, nie smakował mi. Wiem, że to żadna moja zasługa, że przestałem palić. Uprzednio wielokrotnie podejmowałem próby rzucenia palenia. Rzucić palenie dla mnie nie było problemem. Problem był tylko na jak długo: dzień, tydzień, a może nawet miesiąc. Potem wszystko wracało do „normy”.

Wieczór sylwestrowy 93/94, całkiem nieoczekiwanie, spędziliśmy z żoną i najmłodszym synem wraz ze zborem. Tam, podczas jednej z zabaw, wylosowałem zakładkę do Biblii z wersetem z psalmu 37: „Powierz Panu drogę swoją. Zaufaj Mu, a On wszystko dobrze uczyni.” Nie wiedziałem wówczas, co znaczą dla mnie te słowa. Wtedy jeszcze byliśmy wraz z żoną mocno zaabsorbowani ideami firmy „amway”.

Zdarzyło się tak, że na początku kwietnia 94 r. moja żona odeszła do innej pracy a poprzedni pracodawca zwlekał z zapłatą wynagrodzenia twierdząc, że ma czas do końca miesiąca. Przyszedł wieczór, gdy zabrakło przysłowiowej złotówki na chleb rano dzieciom do szkoły. Nie mieliśmy też już możliwości zaciągnięcia kolejnej pożyczki od sąsiadów czy znajomych. Aby oderwać się od problemów dnia codziennego zacząłem czytać jedną z lektur zalecanych przez firmę „amway”. Tytuł tego brzmiał: „Jak przestać się martwić i zacząć żyć”. Trzeba przyznać, że jak najbardziej pasował do mojego ówczesnego położenia. Na jednej z pierwszych stron książki autor zacytował słowa Jezusa „Nie troszczcie się o dzień jutrzejszy, gdyż dzień jutrzejszy będzie miał własne troski. Dosyć ma dzień utrapienia swego.”

Tak bardzo zaintrygowały mnie te słowa, że odłożyłem tamtą książkę i sięgnąłem po Pismo. Odnalazłem „kazanie na górze” i po dłuższej lekturze po raz pierwszy w życiu zacząłem szczerze się modlić. Wyznałem wtedy Panu całą swą marność i przyznałem, że tylko od Niego zależy każda następna chwila mojego życia. To, co z lektury tamtego wieczora zamieszkało na zawsze w moim sercu to dwa wersety z 6 rozdziału ewangelii wg Mateusza, które brzmią następująco: „Nie troszczcie się o życie swoje, co będziecie jedli albo co będziecie pili, ani o ciało swoje, czym się przyodziewać będziecie.... ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego, a wszystko inne będzie wam dodane.” Bóg nie zwlekał z odpowiedzią. Jeszcze tego samego wieczora (po ok. 3 godzinach) przyszła do nas kobieta pracująca poprzednio z żoną i przyniosła kopertę z zaległą wypłatą.

Po dwóch tygodniach, 30 kwietnia wyjechałem ze zborem do Gdyni na ewangelizację zorganizowaną przez kościół baptystów, a prowadzoną przez Luisa Palau. Tam publicznie wyznałem Jezusa swoim Panem. W końcu czerwca zostałem ochrzczony.

Zdobyłem nowy zawód, zarejestrowałem biuro rachunkowe, a jedyną, niezbędną i możliwą inwestycją był długopis. Po pewnym czasie, gdy przybywało moich klientów poczułem brak komputera. Nie stać mnie było na kupno nowego za gotówkę i szatan podsunął pomysł by z fałszywym zaświadczeniem o dochodach kupić komputer na raty. Walczyłem z tą myślą kilkanaście dni. Potem w modlitwie poddałem tę sprawę Bogu. Powiedziałem Mu, że daję sobie z tym spokój gdyż wiem, że wtedy, gdy On dojdzie do wniosku, iż komputer jest mi rzeczywiście potrzebny to będę go miał. Po około 3 miesiącach, jeden z moich klientów zaproponował mi swój używany komputer, a spłaciłem go ratalnie własną pracą.

Później wielokrotnie jeszcze Bóg spełniał potrzeby moje i mojej rodziny w ten właśnie sposób. Otrzymywałem rzeczy, o które nigdy nie zabiegałem. Mam dom, mam samochód a najważniejsze jest jednak to, że również moja żona i syn zaufali Jezusowi.

Pragnę powtarzać za prorokiem i psalmistą: „... choćby figi nie zakwitły, choćbym szedł ciemną doliną... to się nie ulęknę i zawsze będę miał radość w Panu...”

Jurek K.