Droga do wolności

 

Droga do wolności

Piotr Piotrowski


1. ŻEGNAJ MAMO I TATO

Urodziłem się w 1978 roku. Po moim urodzeniu matka zabrała mnie do domu mojego ojca, u którego mieszkała.

Na początku przebywałem z ojcem i matką.

W domu było czuć odór alkoholu. Alkohol w tym czasie był tam ważniejszy niż dziecko. Po kłótni z ojcem matka opuściła go i mnie. Pomimo jej ucieczki, ojciec nie chciał oddać mnie do domu dziecka, lecz nie był przygotowany życiowoi  psychicznie do roli ojca. Nie wiadomo, co byłoby dalej ze mną, gdyby ktoś nie wszedł do mieszkania i nie znalazł mnie płaczącego, w krytycznym stanie i bez opieki.

Trafiłem do domu małego dziecka w Gorzowie Wielkopolskim. Było tam dużo małych dzieci, spragnionych matczynej miłości. Dzieci skupione były w jednym ogrodzonym miejscu, zwanym kojcem. W sali czuć było niemiły zapach moczu i kału. W całym tym klimacie dało się słyszeć rozpaczliwy płacz porzuconych dzieci. O tym, że jestem w domu małego dziecka dowiedziała się babcia, u której w adopcji był już mój starszy o dwa lata brat. Postanowiła mnie odwiedzić wraz z córką i jej dziećmi, pomimo sprzeciwu dziadka, któremu wcale się to nie podobało i w późniejszym czasie było z tego powodu w domu wiele awantur, źle wpływających na wszystkich. W domu babci mieszkało już wtedy sześć osób: ciotka i jej dwóch synów, mój brat Robert oraz babcia i dziadek.

Kiedy babcia mnie zobaczyła, jej serce użaliło się nade mną, bo mój stan zdrowia był fatalny, miałem zwichnięte bioderko oraz nóżki w specjalnych szynach od bioder w dół. Nie wydawałem głosu i miałem chorobę sierocą. Miałem swój zamknięty świat, był to efekt braku ochrony przez matczyną miłość.

Serca mojej babci oraz rodziny bolały, kiedy mnie ujrzeli w kojcu i słyszeli szloch niechcianych dzieci. Nie mogli tego znieść, pragnęli szybko zabrać mnie stamtąd. Udało się to, po paru miesiącach byłem już u dziadków. Sąd nie robił problemów i przyznał dziadkom status rodziny zastępczej. Od tej pory byli to moi nowi rodzice.

 

2. DZIECIŃSTWO

Mój rozwój emocjonalny był poważnie zachwiany. Wiem, że do 7-ego roku życia ciągle byłem zamknięty w sobie, siedziałem i kiwałem się, nie kontrolowałem moczu i kału.. Babcia jeździła do wielu specjalistów, by mi pomóc. Efekty były duże i wreszcie zacząłem normalnie jeść, zdjęto mi szyny, przestałem też robić pod siebie. Nastąpiła poprawa tak znacząca, że lekarze uważali to za cud. Wcześniej lekarze mówili, że raczej z tego nie wyjdę, a nawet, że umrę. A tu okazało się, że wracam do zdrowia. Niemożliwe stało się możliwe dla mnie. Jedno się nie zmieniło: mój stan psychiczny i emocjonalny.

Swoje dzieciństwo pamiętam od zerówki. Już wtedy oddalałem się od grupy klasowej. W 3-ciej klasie zacząłem popalać papierosy a w czwartej paliłem już na maksa. Również w 3-ciej klasie podstawówki zacząłem odczuwać chęć, by kraść. Zaczął też towarzyszyć mi pewien głos, który z wiekiem stawał się nieodłączną częścią mnie. Ten głos pozwalał mi odważniej i coraz częściej kraść, manipulować ludźmi, nienawidzić i nie przebaczać innym. Głos ten doskonalił mnie w przekonaniu, że słuchając go będę bardziej chytry i mądrzejszy. Uczył mnie, jak lepiej kłamać, być lepszym od innych i być nad innymi.

* * * * *

W tym czasie zacząłem uciekać z domu. Dziadkowie nie rozumieli tego zachowania. Poza tym nie mieli świadomości jak wychowywać dziecko odrzucone od matki. Natomiast ja nie akceptowałem ich jako rodziców zastępczych. Nie potrafiłem obdarzyć ich żadnymi uczuciami, ani tych uczuć przyjąć, była we mnie wewnętrzna susza uczuć.

Jak bardzo byłem ubogi w uczucia? Dlaczego nie umiałem kochać i nie czułem się kochany? Kim byłem i dokąd zmierzałem? O co w tym wszystkim chodziło? Te pytania wciąż sobie zadawałem, choć czułem się sprytny i mocny. To były momenty wewnętrznego rozdarcia i smutku. Często odczuwałem pustkę. Życie dla mnie wydawało się koniecznością. Kiedy byłem bardzo smutny, uciekałem w pole i mówiłem: Gdyby był Bóg, jakikolwiek, ktoś inny niż to wszystko, niż to bezsensowne życie!...

* * * * *

Powtarzałem 4 – tą klasę. Problemy ze mną nasilały się, nie były to już błahe sprawy. Zacząłem sobie popijać i to regularnie. Alkohol stał się dla mnie bardzo istotny i potrzebowałem go, by zabijać w sobie strach, smutek, lęk i odrzucenie, oraz niechęć do życia. Zacząłem być wulgarny wobec rodziny.

Po ukończeniu 5 –tej klasy coraz częściej wszczynałem awantury w domu pod wpływem alkoholu. Był to czas, w którym składałem wiele postanowień nacechowanych buntem do ludzi. Mówiłem, że nigdy nikogo nie pokocham, że wszyscy to głupcy, a rodzaj ludzki ma niewiele wspólnego z człowieczeństwem, bo wszyscy tylko się krzywdzą i nie mogą sobie ufać. Uznałem ludzi za swoich wrogów.

W szkole podstawowej, do której chodziłem, pedagog szkolna była moim kuratorem. Po rozmowie z babcią, skierowała mnie na badania psychologiczne. Wystawiona opinia stwierdzała: głębokie zaburzenia charakteriologiczne i zaburzenia zachowania, niedostosowanie społeczne, uwarunkowane czynnikami wrodzonymi i środowiskowymi. Wymieniono cechy takie jak: impulsywność w działaniu, labilność nastroju, całkowity negatywizm wobec autorytetów, odporność na system nagród i kar, brak poczucia winy, skłonność do manipulowania innymi. Napisano, że brak poczucia miłości i akceptacji wyzwala we mnie bunt i nienawiść. A poczucie odrzucenia sprawia we mnie zmienne i gwałtowne reakcje, niewspółmierne do siły i charakteru bodźca.

Awantury w domu pod wpływem alkoholu stały się normą. Próbowałem za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę przez negatywne zachowanie.

Moje serce w środku było zranione, tak naprawdę wewnątrz wołałem o pomoc. Lecz głos, który mi towarzyszył wpływał na moje emocje i negatywne decyzje. Głos ten był jak „głośne myśli”, które były natrętne, tak mógłbym go sprecyzować. Lecz wewnątrz był ktoś, kto nad tym wszystkim ubolewał. Był to młody chłopak, zamknięty w klatce. Chociaż chłopak ten często płakał, to z wiekiem jego płacz zanikał, aż zupełnie umilkł.

* * * * *

Szkołę podstawową ukończyłem, będąc z ulgą wypchnięty przez dyrekcję. Grono nauczycielskie mocno odczuło mój pobyt w tej szkole. Było nas czterech w paczce. Jako cztery ciemne charaktery daliśmy się im mocno we znaki. Więc opuszczenie tej szkoły przeze mnie było dla nich korzystne i przyniosło dyrekcji ulgę.

* * * * *

Rozpocząłem naukę w Ochotniczych Hufcach Pracy. Chodziłem tam tylko dwa dni. Następnie rozpocząłem naukę w „kolejowej zawodówce”, ale byłem tam też tylko kilka razy. Głos, którego słuchałem, podsuwał mi dziesiątki pomysłów i powodów, żeby zrezygnować z nauki. Szeptał: Szkoła nie jest ci potrzebna, po co się męczyć, są łatwiejsze rozwiązania. Wzbudzał też we mnie niepokój, kiedy szeptał: Nikt tam cię nie zrozumie, źle będziesz się czuł w tak wielkiej ilości ludzi, nie zaadoptujesz się tam, inni cię odrzucą, ty jesteś mądrzejszy od nich, dlatego tam nie pasujesz. Sam sobie dasz radę w życiu. Kusił mnie dając proste rozwiązania „OMIŃ TEN PROBLEM”. Pozwalał mi widzieć sprawy tylko krótkowzrocznie. Nigdy nie szeptał o konsekwencjach, które mnie czekają. Dawał tylko złudzenia i oszukiwał mnie. Nauczyłem się uciekać od wszelkich trudności. Nawet jak coś nie było trudnością to przychodziły nieokreślone lęki, które sprawiały, że słuchałem jego szeptów.

* * * * *

Pamiętam pewną historię. Nie wiem ile miałem wtedy lat, ale była to podstawówka. Miałem kolegę, którego bardzo lubiłem, miał imię Remek. Był ćpunem, wąchał klej. Chłopak był zagubiony i miał problemy, przejawiał zainteresowania okultyzmem, miał na ten temat książki.

Któregoś dnia zaczął na ten temat ze mną rozmawiać. Zaproponował, abyśmy mogli coś wywołać przez te książki. Udaliśmy się do piwnicy i zaczęliśmy praktykować okultyzm
w świetle świec. Nie wiem, co dokładnie się stało, ale zaczęliśmy pędem uciekać, byliśmy przerażeni. Potem przyjąłem te książki i zacząłem sam do nich zaglądać. Któregoś dnia, kiedy otworzyłem rano oczy, zaczęły dziać się ze mną dziwne rzeczy. Byłem jak w amoku, miałem różnego rodzaju przywidzenia, przy tym nie mogłem znieść światła dziennego, bo mnie raziło. Trwało to przez wiele dni, do czasu, kiedy babcia zaprowadziła mnie do psychiatry, a on przepisał mi leki. Ustalił diagnozę, że choruję na zaburzenia psychotyczne, lecz ja dziś wiem, że to siły ciemności zamanifestowały się przez czytanie tych okultystycznych książek. Leki skutecznie stłumiły wszystkie objawy choroby, ale ja nadał czułem się psychicznie zmęczony.

Natomiast z Remkiem było z roku na rok gorzej. Słuchał satanistycznych kapel metalowych, łykał psychotropy, które zapijał winem. Kilkakrotnie próbował popełnić samobójstwo. Dziś jest dla mnie jasne, kto za tym wszystkim stał, kto władał jego umysłem. Nigdy nie było mi już dane spotkać się z Remkiem. Po kilku latach dowiedziałem się, że udało się mu popełnić samobójstwo, miał wtedy około 19 – stu lat.

* * * * *

Coraz bardziej brakowało mi kasy na alkohol i inne przyjemności. Nie wystarczało mi już wynoszenie drobnych rzeczy z domu i oszukiwanie innych. Zacząłem się włamywać. Pierwszej kradzieży dokonałem wraz z kolegą do warsztatu samochodowego. Poszło sprawnie, więc poczułem się pewnie i tryumfująco. Towarzyszący mi głos szeptał: Udało ci się, jesteś sprytny, przechytrzyłeś wszystkich, zobacz jak łatwo poszło, następny raz będzie jeszcze lepszy i przyjemniejszy!

Następnie ja i moi kompani, którzy zajmowali się złodziejstwem, kradliśmy koła zapasowe od tirów. Było to dochodowe zajęcie. Kradliśmy koła do czasu, aż przygotowano na nas policyjną obławę, ale miałem farta i udało mi się zbiec. Trochę się wtedy wystraszyłem, ale kraść nie przestałem. Byłem złodziejem małego kalibru. Potrzebowałem pieniędzy tylko na zaspokojenie swoich nałogów.

Zacząłem samodzielnie okradać kioski i sklepy. Gdy mój stan trzeźwości był w miarę normalny, działałem na włamaniach rozważnie, ale kiedy wypiłem ciut więcej, traciłem racjonalną kontrolę. Stawałem się bardziej wandalem niż złodziejem. Głos, który mi towarzyszył podkręcał mnie wtedy do takiego działania. Nie miałem wtedy hamulców, wybijałem nogą lub kamieniem witryny sklepowe i to często w najjaśniejszym miejscu w mieście.

Zaczęły się konflikty z prawem, które przerodziły się w moją nienawiść do stróżów porządku. Ta chorobliwa nienawiść dawała mi siłę do tego, aby być nieugiętym wobec nich. Nigdy nie przyznawałem się do stawianych mi zarzutów, chyba, że chciałem kogoś kryć i brałem winę na siebie. Nigdy nie zdradziłem kogokolwiek organom ścigania, to była sprawa honoru. Z biegiem czasu ta nienawiść potęgowała się, jeszcze bardziej utwierdzałem się w niej, kiedy policja używała siły przy przesłuchaniach.

Pałałem także nienawiścią do dziadka, miałem mu za złe, że jako dziecko musiałem słuchać jak krzyczy na babcię i patrzeć jak pod wpływem alkoholu rzuca się do bicia jej. Często przez to byłem napięty i nerwowy, dusiłem to w sobie, a moja złość rosła. Jeżeli chodzi o babcię, to nie akceptowałem jej jako autorytetu wychowawczego. Jednak była to dla mnie najbliższa istota i była jedyną osobą na ziemi, którą w jakiś sposób akceptowałem. Bolało mnie, że babcia nie potrafiła mnie zrozumieć, dlatego czułem rozczarowanie i gorycz. Nie rozumiałem wtedy, że była prostą kobietą o dobrym sercu, lecz bez świadomości wychowawczej i zrozumienia dziecka po odrzuceniu od matki. Nie wiedziała, że ten lepszy Piotrek był zamknięty w klatce i zapomniany przez samego siebie. Biedna kobieta tak wiele wycierpiała. Babcia czasem mówiła, że nie ma już siły mnie wychowywać i jak się nie zmienię to mnie odda, ale ja nie traktowałem tego serio.

 

* * * * *

Miałem około 15-tu lat, kiedy pewnego ranka ktoś mnie obudził i nie był to nikt z domowników, ale policja. W pokoju czekały spakowane torby. Myśli w mojej głowie potęgowały się, czułem niepokój i zagrożenie. Usłyszałem, że jadę do sądu. Ciekawe było, że ten towarzyszący mi głos wtedy mnie opuścił, nie zainspirował mnie do żadnego pomysłu, jak wyjść z tej sytuacji. Nie pocieszył mnie w żaden sposób, po prostu zawiódł.

Sędzina orzekła o umieszczeniu mnie w Państwowym Pogotowiu Opiekuńczym. Nie da się tego wyrazić, co wtedy czułem: wielkie odrzucenie, nienawiść, lęk i strach przed przyszłością. Z sądu zabrano mnie od razu do PPO w Zielonej Górze. Jak już tam trafiłem, fałszywy przyjaciel powrócił, teraz szeptał: Wszyscy są tacy sami, znów cię zostawili. Raz zrobiła ci to matka, a teraz dziadkowie, jesteś do niczego, nikt cię nigdy nie pokocha, jesteś sam. Nigdy nie będziesz już czuł się bezpiecznie, nie będziesz miał domu.

Wpadłem w stan depresyjny.

 

 

3. UCIECZKA DO NIKĄD

Będąc w PPO często z niego uciekałem. Nie akceptowałem pobytu tam, nie umiałem zaadoptować się. Zresztą tak było zawsze, uciekałem przed każdą trudnością, jaką napotykałem.

Za każdym razem, kiedy policja przywoziła mnie z ucieczek do pogotowia, ja powtórnie uciekałem. Przeważnie
z kimś, kto także nie miał ochoty tam przebywać. Na tych ucieczkach dokonałem wiele włamań do sklepów, piłem alkohol, a co gorsza stałem się ćpunem. Wąchałem butapren, rozpuszczalnik, żeby uciec od rzeczywistości do świata narkotycznych wizji. Ćpanie pustoszyło mój mózg. Jak zabrakło forsy na szybki zakup alkoholu i kleju, wchodziłem
z wybranym kompanem do sklepu i na żywca wyrywaliśmy pieniądze z kasy i uciekaliśmy ile sił w nogach. Przychodziły do głowy różne zwariowane pomysły, wiele z nich dzięki Bogu nie zostało zrealizowanych. Jednym z tych pomysłów, było ogłuszenie sprzedawczyni kamieniem.

Na ucieczkach przyjeżdżałem do domu, prosiłem wtedy rodzinę, abym mógł wrócić do nich. Mówili, że to niemożliwe, że mogłem wcześniej o tym pomyśleć. Byli przy tym bardzo stanowczy, a ja nie umiałem pogodzić się z tym, że miałbym nie wrócić do domu. Kiedy napierałem dalej, dzwonili po policję, było to bardzo bolesne, nie chciałem w to wierzyć.

Za każdym razem scenariusz był podobny i za każdym razem towarzyszący, wewnętrzny ból palił się we mnie.

 

* * * * *

Na jednej z ucieczek wybrałem się z kumplami na dyskotekę. Po zabawie postanowiłem znowu wstąpić do rodziny, ruszyłem w stronę ich domu. Kiedy zbliżałem się tam, do mojej głowy przychodziły różne obrazy z przeszłości. Zacząłem odczuwać negatywne emocje z tym związane i użalać się nad sobą. Nieopodal krzaków kątem oka ujrzałem szklaną butelkę. Fałszywy przyjaciel zaczął szeptać: Rozbij tą butelkę i pochlastaj swoje ręce, to ci przyniesie ulgę, wyładuj się i ulżyj swojemu cierpieniu. Chwyciłem butelkę i stłukłem o chodnik. W rękę chwyciłem kawałem ostrego szkła. Przez chwilę poczułem strach przed nieznanym mi bólem, ale przyszedł tak silny impuls, że zacząłem ranić przegub ręki.

Za każdym zranieniem czułem, jak uchodzi ze mnie napięcie i wydawało mi się, że przynosi to ulgę. Z drugiej strony był to horror. Zanim zadałem sobie pierwsze okaleczenie, czułem jak z mojego wnętrza wydobywa się krzyk: BOŻE, DLACZEGO?! POMÓŻ MI! Ten krzyk rozległ się w ciemnej piwnicy bloku, w którym mieszkała moja rodzina. Bardziej poszarpałem sobie przegub ręki niż pociąłem, jednak narobiłem tym dużo bałaganu, cała piwnica była we krwi.

Skierowałem kroki w stronę mieszkania dziadków, a za mną leciały krople krwi.Zapukałem do drzwi, a kiedy domownicy mnie zobaczyli, to osłupieli. Pamiętam, że babcia zaczęła płakać. Szybko opatrzyli mi ręce i widząc, że krwotok ustał, zrezygnowali ze wzywania karetki. Nie było we mnie agresji, byłem bardzo osłabiony utratą krwi. Ku memu zdziwieniu, rodzina nie zawiadomiła policji, a wręcz pozwolili mi przenocować.

Kiedy rano wstałem ciotka prosiła, bym poszedł do psychiatry. Mówiła, że była już u niego z samego rana i że on czeka na mnie. Łatwo na to przystałem, ubrałem się i poszedłem. Byłem bardzo słaby, a do tego skacowany po ostatniej imprezie. Gdy wszedłem do gabinetu lekarza, postanowiłem powiedzieć mu
o swoich problemach, podzielić się nimi. Czułem potrzebę, by otworzyć się przed psychiatrą, chciałem by mnie zrozumiał. Spostrzegłem, że zaczął zadawać mi „suche” pytania, po których coś notował. Nie pozwoliłem już temu lekarzowi na przeprowadzenie badania do końca. Rozczarowany opuściłem gabinet, trzaskając mocno drzwiami i akcentując zdanie, że wszyscy ludzie są tacy sami.

 

* * * * *

Gdy uciekałem, nocowałem u swojego najlepszego kumpla Sławka. Blisko domu gdzie mieszkał, mieścił się ogródek jego rodziców. Była tam mała altanka, w której nocowałem. Cały dzień włóczyliśmy się po knajpach, a na noc wracałem do altanki. Kiedy siadałem przy świeczce, w mojej głowie następowała gonitwa myśli. Alkohol robił swoje, byłem przy tym bardzo pobudzony. Kierowany negatywnymi emocjami, nie mogąc się uspokoić, szedłem w stronę miasta. Podchodziłem do najbardziej pokaźnej witryny sklepowej i kierowany potężnym impulsem, uderzałem ręką lub nogą w szybę. Mimo głośnego alarmu, który było słychać w nocnej ciszy na pół miasta, wchodziłem i brałem, co się dało lepszego ze sklepowych półek. Najpierw dobiegałem do szuflad lub kas, sprawdzając, czy są tam pieniądze. Będąc sam obsłużony, wybiegałem z wielką szybkością przez rozbitą szybę, często raniąc się głęboko o ostre krawędzie szkła witryny. Bywało, że towarzyszący mi głos tak bardzo mnie podkręcał, że idąc na nocny wypad, potrafiłem obskoczyć 3-4 sklepy.

Rozkoszowałem się tym, że miasto jest budzone przez głośne wyjące alarmy. Po udanej kradzieży, w krótkim odstępie czasu często wracałem w to samo miejsce, by zrobić to samo.

* * * * *

Trudna do zaakceptowania przeze mnie była decyzja Sądu dla Nieletnich o umieszczeniu mnie w Państwowym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Dotarło do mnie, że do dziadków nie mam szans już wrócić.

Łatwo było z Ośrodka uciec, więc korzystałem z każdej nadarzającej się okazji.

Jedna z ucieczek przypadła w okresie zimowym. Uciekłem dosłownie w krótkim rękawku, cienkiej, jesiennej bluzie oraz w cienkich, dresowych spodniach i wiosennych butach. Był ostry mróz, szedłem około 30 km wzdłuż drogi, bacząc, by nie dać się złapać. Zawsze mogła być to policja, albo któryś z wychowawców z Ośrodka. Zresztą policja była informowana
o mojej ucieczce. Idąc nie mogłem zatrzymać żadnego auta.

Po paru godzinach zrobiło się ciemno. Zrozumiałem, że szanse zabrania się stopem są prawie żadne. Kiedy było widno, był problem, a co dopiero teraz, gdy się ściemniło, obawa ludzi jest wtedy większa. Byłem już tak przemarznięty, że przestałem czuć zimno. Mój organizm był przemęczony wielogodzinnym marszem, w takich warunkach straciłem całą nadzieję. To nie były już przelewki. Poczułem niepokój i lęk. Skręciłem w jedną z bocznych dróg, chcąc znaleźć jakieś zabudowania. Przeszedłem kolejne kilometry, była jedna wielka ciemność i wiatr. Marsz od wczesnego południa bez jedzenia i picia w cienkim odzieniu zaczął robić swoje. Nie mogłem się przełamać, by iść dalej. Krzyczałem i pamiętam, że powiedziałem: BOŻE POMÓŻ!! Po chwili usłyszałem dźwięk silnika, pomyślałem, że przesłyszałem się, bo wiatr mocno wiał. Powtórzyłem: POMÓŻ MI!. Nagle zobaczyłem światła samochodu. Niesamowite, jakby jakaś siła wyższa mnie wysłuchała! – pomyślałem. Zerwałem się na nogi i zacząłem machać. Pojazd minął mnie i zaczął hamować, poczułem ulgę. Zostałem zaproszony do środka. W samochodzie siedziały dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Kierowca spytał mnie, co tu robię. Skłamałem, że mnie okradli itd. Stwierdził, że źle wyglądam przez ten mróz, a jego kolega podał mi setkę wódki, którą pomagał mi przechylić, bo nie miałem czucia w rękach od mrozu. Potem była druga setka, poczułem znajome ciepło w żołądku. Po paru minutach zaczęło mnie trząść, bo alkohol mnie rozgrzewał. Dojechaliśmy do jakiejś wsi, gdzie była dyskoteka. Tam kierowca dał mi ubranie i jedzenie, a następnie zawiózł do najbliższego miasta.

Jednak z całego wydarzenia zastanowiło mnie, jak nagle przyszedł ratunek i w jakich okolicznościach - kiedy mówiłem: BOŻE, POMÓŻ MI…

* * * * *

Na jednej z kolejnych ucieczek przyjechałem do domu dziadków, byłem wypity i nie miałem humoru. Wpuścili mnie do domu, poprosiłem ich o jedzenie. W odpowiedzi mój kuzyn rzucił do mnie kąśliwą uwagę. To wystarczyło, bym się wkurzył, pomyślałem: Co on będzie mi tu gadał, to mami synek. Ja tyle przeszedłem, a on nic, to zwykły frajer, tylko szuka zadymy. Wszyscy ci domownicy są tacy sami. Poza tym mają przecież wpływ na babcię, która bez ich udziału mogłaby mnie zrozumieć. Chcą się mnie pozbyć i zrobią wszystko, aby tak się stało. Chociaż do nich mówiłem, to jak grochem o ścianę, nienawidziłem ich: To zwierzęta, nie ludzie. Kiedy kuzyn klepnął mnie w kark, wezbrał się we mnie potężny, niszczycielski gniew. Kuzyn był dużej postury, od wielu lat ćwiczył kulturystykę. Zawsze w jakiś sposób reagował, kiedy byłem agresywny i dawał mi radę. Tym razem mój gniew był tak wielki, że wstąpiła we mnie większa siła. Absolutnie straciłem panowanie nad sobą i wybuchłem. Kuzyn spostrzegł, że to nie żarty. Po starciu w kuchni wszyscy wycofali się poza pole walki. Trzasnąłem drzwiami tak, że pękła w nich szyba. Krzyczałem: Pozabijam wszystkich, rozpier...... wszystko. Zacząłem kopać w meble kuchenne. Rodzina zadzwoniła po policję, prosząc o szybką interwencję. Stawało się coraz goręcej, chwyciłem za nóż, żeby wszystkich wyrżnąć w pień. Umysł i emocje były skierowane na niszczenie. Przerażeni domownicy trzymali drzwi, abym nie wydostał się z kuchni. Zawołali innych do pomocy. W przypływie furii udało mi się wydostać do przedpokoju, ktoś złapał mnie za nogi i podczas upadku nóż wyleciał mi z dłoni. Nikt nie szczędził sił na mnie, widząc, że jestem gotów na wszystko. Wstąpiła we mnie ogromna siła i nikt nie był w stanie mnie utrzymać. Przedpokój wyglądał jak pobojowisko, a babcia stała w pobliżu i płakała. Zaniepokojeni sąsiedzi powychodzili na korytarz. Wszyscy byli zmęczeni całą sytuacją. Po dłuższym czasie udało im się związać moje nogi i ręce bandażami, pomimo tego nadal się szarpałem, a piana toczyła się mi z ust. Policjanci, którzy przyjechali na tę interwencje, skuli mi dodatkowo ręce kajdankami i wynieśli mnie, dosłownie jak worek kartofli do radiowozu, na oczach wielu ludzi.

Sąd postanowił niezwłocznie umieścić mnie na oddziale psychiatrycznym - obserwacyjnym. Przetransportowano mnie radiowozem do szpitala psychiatrycznego, byłem wyczerpany całym zdarzeniem. Czułem się psychicznie rozbity, a na pytania lekarzy prawie nie odpowiadałem. Miałem gardło całe obrzęknięte, a ciało obite i poranione. Na obserwacji przebywałem 7-dem dni, podczas których trochę się wyciszyłem. Pewnego dnia odwiedziła mnie moja ciotka, gdy na mnie patrzyła, płakała i prosiła, abym się zmienił. Byłem otępiały na jej słowa. Po 7-miu dniach przywieziono mnie z powrotem do Ośrodka Wychowawczego.

* * * * *

Któregoś razu z przyczyn zdrowotnych trafiłem z ośrodka na oddział dermatologiczny. W czasie pobytu w szpitalu skupiłem się na przemycie alkoholu na oddział.

Z nowo poznanym kompanem po kryjomu opuszczaliśmy szpital, by kupić kilka butelek taniego wina.

Na jednym z wypadów mój kompan powiedział, że zna jakąś wróżkę, która trafnie przepowiada przyszłość. Zaproponował, abyśmy do niej poszli. Udaliśmy się tam. Otworzyła nam starsza kobieta, pytając, czego chcemy. Kolega wyjaśnił cel wizyty. Wyjąłem drobną kwotę, lecz ona mnie uprzedziła, mówiąc, że nie przyjmie pieniędzy. Po chwili wbiła wzrok w mego kompana i rzekła: Miałeś operację i masz teraz znaczną bliznę na brzuchu. Powiedziała jeszcze kilka innych faktów, a mój kompan jakby zastygł. Nie wiedziałem, dlaczego do chwili, gdy pokazał mi sporą, pooperacyjną bliznę. Kobieta przeniosła wzrok na mnie i rzekła: Ty jesteś dzieckiem Bożym, wybranym, by mu służyć. Wyjedziesz na północną część kraju i będziesz też podróżował na wschód. Będziesz miał żonę i dzieci. Te słowa nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Większe wrażenie robiła na mnie blizna kolegi.

Wiele lat później te słowa mi się przypomniały, z tym, że nie wiedziałem jeszcze, że był to duch nieczysty, przepowiadający przyszłość przez tę kobietę. Duch ten nie mówi nigdy kompletnej prawdy, ale tylko część, by, jeśli ktoś uwierzy, wmieszać w prawdę kłamstwo. Wtedy ludzie są zwiedzeni i ciągle pytają wróżbitów o przyszłość, bojąc się podejmować samodzielne decyzje.

 

* * * * *

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Szykowałem się już do ucieczki, gdy ku mojemu zdziwieniu dziadkowie wyrazili zgodę, bym na święta do nich przyjechał. Odkąd byłem w placówce opiekuńczo-wychowawczej, po raz pierwszy dostałem przepustkę. Od dawna nie spędzałem świąt z rodziną.

Wcześniejsze święta spędziłem w samotności, włócząc się po mieście lub po osiedlu, na którym mieszkali dziadkowie. Łaziłem z butelczyną alkoholu i zaglądałem do okien mieszkań, w których krzątało się wiele osób i panował świąteczny nastrój. Kiedy na to patrzyłem, ogarniał mnie smutek i czułem się bardzo samotny. Pociągałem wówczas kolejny łyk wina i budowałem w sobie wstręt do tych ludzi, a fałszywy przyjaciel szeptał do mego umysłu: Wszyscy cię odrzucili, a dodatkowy talerz dla wędrowca to tylko pic na wodę. Nikt z nich i tak nie wpuści ciebie do swego domu na święta, a tym bardziej do stołu. Świętują, a ty nawet nie masz gdzie dzisiaj spać. Przeklinałem wtedy tych ludzi, wypijając sporą porcję wina, aby gasić swoje poczucie samotności i zasypiałem na klatce schodowej lub piwnicy.

Jednak tym razem święta udało mi się spędzić z rodziną. Kiedy zasiadłem do stołu, poczułem się nieswojo i obco wśród nich. Miałem ochotę jak najszybciej wstać od stołu i uciec, zacząłem żałować, że się tam znalazłem. To doświadczenie było dla mnie szokujące.

* * * * *

Byłem uzależniony od leków psychotropowych, miałem ich całe pudełko, to były bardzo mocne pigułki. Fałszywy przyjaciel podpowiadał mi: Weź pięć pigułek na raz. Przed wejściem do domu dziadków przyszła dodatkowa myśl: Weź jeszcze pięć sztuk. Jednak wziąłem ich znacznie więcej, gdy prochy zaczęły działać, ścięło mnie z nóg. Prosiłem rodzinę, aby do nikogo nie dzwonili, że prześpię się i wszystko będzie ok. Uwierzyli moim słowom i pozwolili przenocować, co zakrawało niemal na cud. Noc była koszmarna, wydawało mi się, że nigdy się nie skończy. Gdy zobaczyłem, że się rozjaśnia za oknem, wstałem i z trudnością zakładając buty, chwiejnym krokiem opuściłem mieszkanie. Czułem ogromną słabość i co kilka metrów przystawałem, by nabrać tchu. Powieki same mi się zamykały. Po paru godzinach zamiast lepiej, było gorzej. Gdy byłem w mieście poczułem jak wykręca mi szyję, ręce i biodra. Ludzie przechodzili obok i obserwowali moje dziwne zachowanie. Zaczęło wykręcać mi także żuchwę. Miałem farta, że szedł akurat mój kompan od kielicha i doprowadził mnie do szpitala. Interwencja na izbie przyjęć była szybka, ale na płukanie żołądka było za późno, więc podłączono mi kroplówkę i aparat mierzący rytm serca. Miałem problemy
z oddychaniem. Za ścianą słyszałem jakiegoś człowieka, którego przywiozło pogotowie, bardzo charczał. Chciałem, żeby żył, jednocześnie sam bałem się śmierci. Zacząłem się dusić, długi czas nie mogłem złapać powietrza, spanikowałem
i zacząłem szarpać się na łóżku. Walczyłem o oddech, całym sobą wołałem, że chcę żyć. W myślach powiedziałem: BOŻE, POMÓŻ! Nie pamiętam, co było dalej.

Odzyskałem przytomność będąc podłączony do kroplówek. Byłem szczęśliwy, że żyję. Szybko mnie wypuszczono. Otrzymałem EKG serca i byłem zszokowany, kiedy je przeglądałem. Na tym wykresie były momenty, jakby chwilami serce nie biło, poza tym jego uderzenia były bardzo nierówne.

 

* * * * *

Szybko przestałem myśleć o tym, co się wydarzyło. Zacząłem pić jak przed tym incydentem z prochami.

Włóczyłem się po mieście z ludźmi, którzy byli wielokrotnymi recydywistami. Co niektórzy mieli za sobą po 15 czy 25 lat odsiadki. Przeważnie krótko gościli na wolności. Byli to drobni złodzieje i chuligani uliczni, jednak mi imponowali. Włóczyłem się z nimi przesiadują na „melinach”, na których odbywały się libacje alkoholowe. Przypatrywałem się bliżej parszywemu życiu tych ludzi, którego czasem sam się dopuszczałem. Napatrzyłem się na krzywdę wielu ludzi, których alkohol wykańczał z każdym dniem. Widząc bezsens ich życia sam się w to wciągałem. Patrzyłem na całe rodziny, których bogiem był alkohol, a dzieci zachowywały się jakby były dorosłe, lecz nie zawsze w dobry sposób. Patrzyłem jak jadły chleb z margaryną, bo rodzice nie troszczyli się o nie. Czymś normalnym były ciągłe awantury przy libacjach. Widziałem młode dziewczyny, które oddawały swoje ciała za trochę alkoholu i odrobinę obłudnej akceptacji innych mężczyzn, którzy chcieli je tylko wykorzystać. I dzieci po 13-14 lat uzależnione od alkoholu i narkotyków. Z czasem przestałem być czuły na te sprawy, sam tarzałem się w tym błocie.

 

4. KIM ONI SĄ?

Miałem dobrego kumpla, na imię miał Andrzej. Był dużo starszy ode mnie. Mieszkał z matką i bratem. Któregoś dnia powiedział, żebym zamieszkał u nich w domu. Kiedy już u niego mieszkałem, on zawsze mówił, żebym nie szedł tą drogą, co on i inni, żebym uważał na siebie i nie dał się w nic wciągnąć. Dziwiło mnie, że właśnie on to mówi. Sam nie był świętoszkiem. Myślałem: Przecież był alkoholikiem od wielu lat! Najgorsze były jego ataki nocne. Andrzej miał straszne majaki nocne, budzili się wtedy wszyscy. Czasami dostawał ataków padaczki, ścinało go z nóg i trzeba było wzywać pogotowie. I to on mówił do mnie: Nie idź taką drogą…

Przez tą jego troskę o mnie jeszcze bardziej go szanowałem.

Najbardziej w pamięci zapadł mi widok Andrzeja trzymającego książeczkę w czarnej oprawie. Zapytałem go, co czyta, a on odpowiedział: Czytam Biblię, przecież trzeba w coś wierzyć. Ta sytuacja ukazała mi inny obraz Andrzeja.

Niedługo potem spotkałem na ulicy brata mojej dobrej koleżanki. Był znanym skinem i niezłym łobuzem. Maniek spytał czy bym poszedł z nim na pewne spotkanie domowe. Zgodziłem się z myślą o tym, że skombinuję tam jakieś pieniądze. Kiedy weszliśmy do tego mieszkania, spore grono osób serdecznie przywitało się ze mną. Zaczęli grać na gitarze i śpiewać o Bogu. Przez chwilę pomyślałem, że to sekta, ale ich serdeczność i życzliwość były tak szczere, że czułem się wśród nich dobrze i swobodnie. Wydawali się tacy inni niż ludzie, których do tej pory znałem. Jedna z osób zapytała czy mogą się nade mną pomodlić. Patrzyłem na nią zdziwiony, wręcz gapiłem się oszołomiony. Pomyślałem, że głupio jest odmówić, zważywszy na to, że byli bardzo mili. Więc zaczęli modlić się, była to dla mnie bardzo hałaśliwa modlitwa. Nakładali swoje ręce na moją głowę. Po wszystkim pomyślałem: Ci ludzie zbiorowo zwariowali! Może byli mili, ale to chyba jakaś sekta, banda popaprańców! Najlepiej jak się stąd jak najszybciej wydostanę! Ale wewnętrznie coś przyciągało mnie do tych ludzi. Emanowało od nich coś dobrego. Oni naprawdę wierzyli w to, co robili. Nigdy nikogo nie oszczędziłem, jeśli miałem możliwość go okraść. A tam, chociaż miałem świetną okazję, nie zrobiłem tego. Pożegnałem się i wyszedłem z Mańkiem. Zaprosił mnie do swojego domu i przez parę godzin tłumaczył mi coś o Bogu, jak zmienił jego życie. Wykładał Pismo Święte i widać było, że je znał. Nawet dość ciekawie mówi – pomyślałem. Dał mi na koniec Biblię. Spytałem o nocleg, więc zaprowadził mnie do swego kumpla chrześcijanina. Ten zaprowadził mnie do jeszcze innej osoby, która była na tym spotkaniu, gdzie i ja wcześniej byłem. Kiedy ten człowiek otworzył nam drzwi i usłyszał w czym problem, odmówił pomocy. Fałszywy przyjaciel już szeptał: Widzisz? Tacy z nich chrześcijanie, olej ich! Ta odmowa wystarczyła, żeby wyzwolić we mnie gniew. Nie chciałem więcej nic słyszeć, po prostu odszedłem.

Parę razy zdarzyło mi się jeszcze do nich zajrzeć, kiedy przechodziłem obok sali, na której były te spotkania. Byłem przeważnie najarany trawką, albo pod wpływem alkoholu i wewnętrznie drwiłem z tych ludzi. Ale wciąż miałem tą Biblię, którą dał mi Maniek. Nie czytałem jej, tylko nosiłem ze sobą. Rodzina mówiła, że chyba zwariowałem nosząc ze sobą coś takiego. Za jakiś czas uznałem, że odkąd ją noszę to mam większego pecha i dałem Andrzejowi. Opowiedziałem mu to zdarzenie z chrześcijanami, ale on tylko milczał.

 

5. NA BOCZNYM TORZE

Przestrzeń wokół mnie zawężała się coraz bardziej. Upłynęło sporo czasu, odkąd uciekłem z Ośrodka Wychowawczego.

Zaczął się kolejny dzień podobny do poprzednich. Skacowany ruszyłem na miasto. I tak od butelki do butelki, czasem udało się przyjarać maryśki (marihuany) lub zażyć coś mocniejszego. Czasem się coś narozrabiało, kogoś pobiło, kogoś okradło, żeby mieć na kolejną libację.

Pod wieczór, kiedy opróżnialiśmy kolejną flaszkę, jeden ze starszych kompanów wskazał na parking przy hotelu oraz stróżówkę. Nie zastanawiałem się długo, wiedziałem, o co chodzi. Ruszyliśmy w tamtym kierunku. Kompan skierował się w stronę samochodów na parkingu, żeby przyciągnąć stróża do siebie. W tym czasie, kiedy go zagadywał, przeskakując przez płot przedostałem się do dyżurki, w której była kasetka z pieniędzmi. Mieliśmy pecha. Akurat w tym czasie w mieście odbywał się jakiś większy mecz piłki nożnej i wszędzie roiło się od policji. Ktoś z hotelu spostrzegł jak forsuję płot i wdzieram się do dyżurki, więc zgłoszono to na policję. Gdy byliśmy już poza parkingiem, usłyszeliśmy sygnał policyjny i krzycząc „suki” – zaczęliśmy wiać. Biegnąc w stronę przystanku autobusowego zobaczyliśmy następny radiowóz na sygnale. Był blisko, nie było już jak się rozdzielić. Wskoczyliśmy w uliczkę, na której były stare magazyny i gdyby nie trzeci wóz policyjny, który pojawił się nagle, to udałoby się uciec, chociaż jednemu z nas.

Ostatnią kryjówką stał się dla nas duży kosz na śmieci. Nie było czasu do namysłu, za chwilę byliśmy w jego wnętrzu.

Do dziś ta historia wywołuje u mnie lekki uśmiech na twarzy. Próbowaliśmy z wielkim zapałem ukryć się pod cuchnącymi śmieciami. Wtedy nie wydawała nam się śmieszna ta akcja wyciągania nas z tego uroczego miejsca. Może powinniśmy cieszyć się ze świeżego powietrza, ale niewiele nas to pocieszało, bo zaraz poczuliśmy na własnej skórze razy od pałek policyjnych, które naprawdę bolą. Kiedy uderzenia pałek i kopniaków skończyły się, to leżeliśmy na ziemi już skuci kajdankami.

Tak na gorąco to dopiero zaczęli nas przesłuchiwać na komendzie. Mój kompan miał za sobą koło 20 lat więzienia, więc kiedy się nie przyznał to dali mu spokój. Wiedzieli, że nic z niego nie wyciągną. Inaczej sprawa wyglądała ze mną. Znali mnie, ale z uwagi na to, że byłem małolatem, mieli nadzieję, że będę zeznawał. Jednak ja to przekalkulowałem. Wiedziałem, że jak wyznam prawdę to kompana od razu wsadzą, tym bardziej, że miał recydywę, a mi z racji wieku niewiele grozi. Próbowano wywierać na mnie presję w różny sposób, żebym tylko powiedział prawdę. Im bardziej napierali, tym bardziej byłem uparty. Skończyło się na tym, że winę wziąłem na siebie. Zamknięto mnie na dołek (areszt), a na drugi dzień odwieziono mnie do Ośrodka Wychowawczego.

Przebywałem tam krótko, bo znowu uciekłem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to już ostatnia moja ucieczka z tego miejsca.

 

* * * * *

Zamiast lepiej, to było coraz gorzej, pogrążałem się coraz bardziej, tonąłem. Życie moje toczyło się tylko wokół tego, by się napić, naćpać, było wiele kobiet w moim życiu.

A jedyna troska, która zajmowała moje myśli dotyczyła pieniędzy, by zdobyć je na zaspokojenie swoich potrzeb. Umierałem w sobie z każdym dniem, traciłem nadzieję na cokolwiek lepszego.

Dokonywałem wiele włamań do sklepów i chuligańskich wybryków. A fałszywy przyjaciel szeptał do mojego umysłu. Poddawałem się tym podszeptom idąc coraz bardziej w samozagładę. Jedyną i najprostszą alternatywą było zapić się i zaćpać na śmierć. Zacząłem o tym ciągle myśleć, lecz aby zrealizować ten plan, potrzebowałem pieniędzy. Dzięki Bogu, że nie dopuścił do tego.

 

6. KONFRONTACJA

Mój dobry kolega dał mi propozycję, bym poszedł z nim do jego znajomej na kawę. Kiedy usiedliśmy przy kawie, Jolka zaczęła opowiadać coś o swojej sąsiadce, która mieszkała piętro wyżej w tym samym budynku. Usłyszawszy jej nazwisko (a brzmiało jak moje), zacząłem się zastanawiać. Poprosiłem Jolę o powtórzenie nazwiska i zacząłem zadawać jej pytania. Słyszałem trochę o mojej matce od mojej rodziny, wiedziałem, że mieszka w Świebodzinie. Czy to możliwe, że sąsiadka z góry to moja matka? Bo imię i nazwisko się zgadzało.

Postanowiłem, że odwiedzę tą tajemniczą dla mnie sąsiadkę. Zapukałem do drzwi, otworzyła mi kobieta około 50-tki. Kiedy się przedstawiłem, zaprosiła mnie do środka. Byłem lekko podpity i nie wiedziałem do końca, czego spodziewam się po tej wizycie. Nie towarzyszyły mi przy tym żadne uczucia do tej kobiety, wbrew temu, jak sobie to wcześniej wyobrażałem. Po prostu byłem ciekawy. Nie znałem w ogóle swojej matki, ale zdążyłem ją znienawidzić winiąc za to, że mnie porzuciła. Chciałem w konfrontacji z nią dowiedzieć się czy to wszystko, co o niej słyszałem jest prawdą. Matka zaczęła opowiadać swoją historię od spotkania z moim ojcem. Użalała się nad sobą. Narzekała też na swoje dzieciństwo i rodziców, a także zaczęła wymieniać wszystkie złe rzeczy, jakie spotkały ją w życiu. Aż doszła do momentu, usprawiedliwiając swoje postępowanie, że przez swój ciężki los musiała porzucić mnie i mojego brata.

Mojego ojca spotkała, kiedy uciekała przed wyrokiem. Ojciec był dość majętnym człowiekiem, któremu rozpadało się małżeństwo. Moja matka była atrakcyjną kobietą i o 20 lat od niego młodsza, więc mu się spodobała. Zamieszkała u niego. Razem dużo pili, więc były przy tym awantury. Przy kolejnej awanturze ojciec zadzwonił na policję i powiedział, że jest u niego kobieta, która się ukrywa. Zanim stróże porządku przyjechali, matka zdążyła uciec.

Z całej naszej rozmowy wynikało, że winiła ona wszystkich, prócz siebie. Najbardziej zabolało mnie, że nie wyraziła skruchy za to, że porzuciła mnie i brata, swoje dzieci. Nie chciała o tym rozmawiać. Wywnioskowałem jedno: ona nie odczuwała, że kogoś skrzywdziła, wręcz uważała, że tylko ona została skrzywdzona. Poczułem wielką niechęć i odrazę do tej osoby.

Mieszkała z dużo starszym od siebie mężczyzną. Był to spokojny człowiek, który pracował na stróżówce dorabiając do emerytury. Wcześniej był on nauczycielem i dyrektorem szkoły.

Miałem tez okazję poznać moją dużo młodszą siostrę, która mieszkała z matką. Przeżyłem to bardzo, kiedy dowiedziałem się, że mam młodszą siostrę, tylko po innym ojcu. Pragnąłem, by miała we mnie brata, który będzie się nią opiekował. Nie okazywałem matce swojej nienawiści ze względu na siostrę i też na to, że zaoferowała mi swoją pomoc. Pozwoliła od czasu do czasu u niej zanocować.

 

7. ZA KRATAMI

Któregoś dnia piliśmy z całą paczką pod sklepem nocnym. Byłem już piany, kiedy kątem oka zobaczyłem wielkiego TIRA marki Volvo parkującego obok nas. Spostrzegłem, że kierowca trzasnął drzwiami, by je zamknąć, ale silnik dużego Volvo z naczepą ciągle pracował. Zapragnąłem wsiąść do kabiny i odjechać jak najszybciej spod sklepu. I tak też zrobiłem. Nie myślałem o tym, że nie umiem tym tirem jeździć. Fałszywy przyjaciel szeptał do mych myśli: Uda ci się, zobaczysz, będzie elegancko, będzie niezła frajda! Pod wpływem tego potężnego impulsu wskoczyłem do kabiny i ruszyłem. We krwi miałem dwa i pół promila alkoholu.

Volvo poruszało się z coraz większą prędkością. Pędziłem przez sam środek miasta kierując się na trasę za miastem. Ścigały mnie dwa radiowozy. Sprawa była poważna, byłem dużym zagrożeniem jadąc przez miasto wielotonowym, rozpędzonym pojazdem. Inne jednostki policyjne były już w drodze. Policja nie chciała prowokować sytuacji na drodze, dopóki byłem jeszcze w mieście. Domyślali się, że kieruję się za miasto, czekali na odpowiedni moment.

Ujrzałem przed sobą ostry skręt w lewo. Zareagowałem za późno i dużym impetem wjechałem w ten zakręt, jednocześnie naciskając na hamulec. Straciłem panowanie nad pojazdem, TIR zjechał na pobocze i zgasł silnik. Policja wykorzystując ten moment ruszyła do akcji, zostałem zatrzymany.

W drodze na komendę powiedziano mi, że zabiłem kobietę. Chciano mnie nastraszyć. Uwierzyłem w to i za wszelką cenę chciałem uciec z rąk policji. Kiedy stałem już przed drzwiami celi, zasymulowałem padaczkę. Rzuciłem się na ziemię, plułem, charczałem i się trząsłem. Policjanci przyglądali mi się i uwierzyli w to. Na chwilę zostawili mnie samego oraz odchyloną kratę aresztu. Na to czekałem. Wydostałem się tylnym wyjściem z budynku. Niestety ręce miałem już skute i to do tyłu. Kiedy chciałem przedostać się przez niewysoki płot, odczułem tego skutki, kiedy moje ciało runęło na ziemię bez możliwości podparcia. Pobiegłem do postoju taxi i pchałem się do jednej z nich, ale taksówkarz nie chciał mnie wpuścić i narobił hałasu. Słyszałem, że już jadą z obławą, byli blisko. Ucieczka się nie udała, złapali mnie.

Na następny dzień stałem już przed prokuratorem. Decyzja zapadła – 3 miesiące aresztu. Miałem szczęście, bo policja zatuszowała mą ucieczkę, by nie wyszło, że zaniedbali obowiązki służbowe.

* * * * *

Po przekroczeniu bramy aresztu podjąłem decyzję, że chcę należeć do tak zwanych „Gitów”, ludzi grypsujących. Gdy trafiłem pod celę, chłopaki zaczęli mi tłumaczyć tak zwaną „bajerę”. W całym areszcie było około 10% grypsujących, a tych pozostałych 90% uważaliśmy za frajerów. Zresztą hierarchia więzienna jest znacznie obszerniejsza, o czym się później przekonałem.

Coraz bardziej zacząłem utożsamiać się z ludźmi grypsującymi, starając się pozyskać ich szacunek względem mojej osoby manifestując, jaki ze mnie kozak. Przeklinałem klawiszy, dokonywałem spektakularnych samookaleczeń i prowadziłem strajki głodowe. Mój fałszywy przyjaciel szeptał do mych myśli: Widzisz? Masz tu przyjaciół, nowe znajomości, oni cię akceptują i doceniają to, co robisz. Przemycają ci papierosy, kiedy jesteś na karnej izolatce, albo izbie chorych… Wreszcie znalazłeś solidne grono przyjaciół, na których zawsze możesz liczyć. Do tego nienawidzą konfidentów i kurestwa, tak jak ty. Jest OK. Piotrze! I tak powinno być!

* * * * *

Po niecałych 6-ciu miesiącach mojego pobytu w areszcie zbliżył się czas mojej rozprawy. Przyszło parę kumpli, moja matka i ku mojemu zdziwieniu, mój dziadek. Matka zadeklarowała, że będzie mi pomagać podczas odsiadki, a dziadek dostarczył mi papierosy. Choć wiele z nim nie rozmawiałem to byłem mile zaskoczony tym, że w ogóle przyszedł.

Wyrok zapadł. Dotyczył dwóch spraw, bo oprócz kradzieży Volvo sądzony byłem jeszcze za kradzież kasetki z parkingu.

Z respektowaniem tego, że pierwszy raz jestem karany, dostałem rok i trzy miesiące więzienia. Nie zmartwiłem się specjalnie tym wyrokiem. Przez te prawie pół roku w areszcie przywykłem do takiego życia.

Tydzień później przekroczyłem bramę Zakładu Karnego dla młodocianych przestępców w Rawiczu. Znalazłem się w sześcioosobowej celi osób grypsujących i byłem zaskoczony zachowaniem tych ludzi. Słyszałem od różnych osób, że za komuny „Gici” byli w jedności, solidarności, mieli wzajemny szacunek, ważne były ich zasady. A tu usłyszałem jak jeden względem drugiego wyrażał się wulgarnie, słowa nie do przyjęcia dla grypsującego. Stwierdziłem, że oddziałowy wywinął mi numer i dał mnie do tak zwanych „Festów”. W hierarchii więziennej to wrogowie grypsujących, którzy dążą do ich zniszczenia. Gdy wyraziłem swoja uwagę towarzyszom z celi to powiedzieli, że jest to tak zwana luźna „bajera” i nie ma czym się martwić. Okazało się, że w innych celach jest podobnie. Nie potrafiłem tego w żaden sposób zaakceptować. Cały mój obraz grypsowania runął i czułem się zawiedziony. Zaczęło mnie to męczyć. Zgadzałem się tylko w tym, by nikogo nie zakapować i nie dać się nikomu sfrajerzyć. Już nie grypsowałem dla idei, ale nie widziałem możliwości wyrwania się z tej grupy. Udało mi się to dopiero w dużo późniejszym czasie i wyszedłem z tego bez szwanku.

Pewnego razu jeden z grypsujących pożyczył mi bluzę. Pobiłem się z innym skazanym i została zakrwawiona i zniszczona. Człowiek ten zaczął robić z tego awanturę i doszło między nami do sprzeczki. Wykorzystałem ten moment, by zrezygnować z grypsowania, choć mogłem wyjaśnić tą sytuację i było by jak wcześniej.

Fałszywy przyjaciel podsycał moją nienawiść do służby więziennej. Byłem w stosunku do nich coraz bardziej wulgarny i agresywny, co doprowadzało do tego, że często lądowałem na tak zwanych „dźwiękach”. Jest to cela o wymiarach dwa na dwa z kamerami, sama tylko podłoga, bez zbędnych sprzętów, a pomieszczenie jest oddzielone dwoma parami drzwi. Jeżeli któryś ze skazanych był bardzo agresywny, wtedy tak zwana „atanda” (ekipa funkcjonariuszy więziennych) prowadzi go do tej celi „dźwięków”.

Z obietnic mojej matki nic nie wynikało. Kumple również zawiedli. Nikt mnie nie odwiedzał, choć niektórzy mi obiecali. Zdałem sobie sprawę, że nie mogę na innych liczyć. Była to gorzka prawda, z którą musiałem się pogodzić.

 

 

* * * * *

Pod koniec mojego wyroku będąc na „spacerniku” zbluzgałem funkcjonariusza prowadzającego na spacery. Bardzo szybko postawiono mnie przed sądem, dostałem 4 miesiące odsiadki za to wydarzenie. Odwołałem się od tego wyroku z uwagi na to, że nie był on jeszcze prawomocny, a pierwszy właśnie mi się skończył i mogłem opuścić Zakład Karny.

Udałem się do mojego rodzinnego miasta i zamieszkałem u dziadka, gdzie byłem zameldowany. Cała rodzina mówiła, żebym znalazł sobie pracę, bo nikt nie będzie mnie utrzymywał. Ciągle były awantury o to i napięcie narastało. Gdy byłem pijany to niechętnie wpuszczano mnie do domu. Narastała we mnie agresja i często musiała interweniować policja. Znowu się staczałem, zacząłem kraść i dużo pić. Fałszywy przyjaciel pobudzał we mnie tą agresję, bunt i nienawiść.

* * * * *

Któregoś razu pod wpływem alkoholu poszedłem do matki. Nie chciała mnie wpuścić, więc zacząłem jej grozić i demolować drzwi. Nienawidziłem jej całym swoim sercem. Miałem potężny żal za to, że zostawiła mnie, kiedy byłem małym dzieckiem. Matka poinformowała policję o tym incydencie. W tym samym czasie rodzina założyła mi sprawę o eksmisję z domu z powodu znęcania się psychicznie nad rodziną. Zgłoszenie matki przerodziło się także w rozprawę sądową. Obie te sprawy zbiegły się w jednym terminie. I tak moja matka spotkała się po wielu latach twarzą w twarz ze swoją mamą i siostrą. Doszło do konfrontacji. Babcia miała żal do córki, że zostawiła nas i cały obowiązek spoczął na niej. Podobny żal miała też siostra mojej matki. Z kolei moja matka miała nieuzasadniony żal za odrzucenie z ich strony. Przez lata obydwie strony nie potrafiły sobie w żaden sposób wybaczyć, gdyż każda ze stron upierała się przy swojej racji.

Obserwowałem tą sytuację i serce moje stawało się coraz bardziej kamienne. Stwierdziłem, że nie istnieje coś takiego jak wzajemne przebaczenie i zrozumienie. Moja rodzina była tego przykładem.

Wyroki, jakie w tym dniu zapadły to: parę miesięcy za zastraszanie matki oraz niecały rok za znęcanie się psychicznie nad rodziną (w zawieszeniu). A także eksmisja z domu dziadka na bruk. I to ostatnie było najgorsze. Wyroki były nieprawomocne, więc się od nich odwołałem.

 

* * * * *

Po pewnym czasie otrzymałem prawomocny wyrok za ubliżanie funkcjonariuszowi w Zakładzie Karnym w Rawiczu, to były 4 miesiące.

Następnie otrzymałem nakaz wstawienia się do odsiadki na wyznaczony termin. Nie miałem na to ochoty.

Któregoś dnia wybrałem się do domu dziadka. Zastałem tam babcię i ciocię. Wtedy nie wiedziałem, że po raz ostatni widzę swoją babcię. Była dla mnie wyjątkowo miła. Zdążyłem chwilę z nią porozmawia, zanim do drzwi zapukała policja.

W pierwszej chwili chciałem uciec przez balkon, ale gdy spojrzałem na babcię, coś targnęło moimi uczuciami. Powiedziała, żebym dał sobie z tym spokój. Jej oczy wypełnione były łzami, patrzyła na mnie błagalnie. Coś mnie zdusiło w gardle i sprawiło, że powiedziałem: Mimo, że jest jak jest babcia, to ja cię kocham. Wtedy także i mnie oczy zaszły łzami.

Gdy policjant wszedł do domu, nie stawiałem już oporu. Popatrzyłem jeszcze raz na ciocię i na babcię i wyszedłem z policjantem.

Było to ostatnie spojrzenie na babcię, bo los sprawił, że już więcej jej nie ujrzałem.

 

 

8. OKRUTNY BÓL

I znowu znalazłem się w Z.K w Rawiczu. W trzecim miesiącu odsiadki otrzymałem pismo z Sądu, które kompletnie mnie załamało. Był to prawomocny wyrok eksmisyjny z uzasadnieniem wyroku z informacją, że moja babcia nie żyje, a winę za to ponoszę ja. Takie oskarżenie wniosła moja rodzina.

Informacja o śmierci babci bardzo mnie przytłoczyła i mną wstrząsnęła. Ból ścisnął całym sercem, to było straszne cierpienie. Choć nigdy nikogo nie zaakceptowałem, to mimo wszystko babcia była osobą, do której byłem na swój sposób przywiązany. Nie mogłem pogodzić się z tym, że ją więcej nie zobaczę. To był dla mnie bardzo duży wstrząs.

Z każdym dniem nienawiść do rodziny rosła, a niewidzialny, fałszywy przyjaciel szeptał do mego umysłu: Obwinili cię za śmierć babci, a przecież ty ją kochałeś. Wykorzystali jej śmierć, by pozbyć się ciebie z domu. Nikt nawet nie pofatygował się, żeby poinformować cię osobiście o śmierci babci. Nie możesz im tego wybaczyć!

Zacząłem zażywać dużo leków psychotropowych. Od tamtej pory regularnie odwiedzałem psychiatrę więziennego, aż do końca wyroku.

 

* * * * *

Po opuszczeniu Z.K konflikt z rodziną narastał. Nie wpuszczono mnie do domu, z którego zostałem eksmitowany. Często policja musiała przyjeżdżać na interwencję, bo awanturowałem się o to z rodziną.

Byłem bezdomny. Nie posiadanie miejsca, do którego można wrócić jest czymś strasznym. Bezdomność jest okrutna, jak postępująca choroba, daje coraz większe poczucie izolacji od społeczeństwa. Nawet od znajomych. Po pewnym czasie człowiek zaczyna akceptować taką sytuację, przyzwyczaja się do bezdomności i nawet uzależnia. Tak zwany syndrom bezdomności sprawia, że ludzie nie potrafią już przyjąć pomocy. Są jakby martwi, nie ma w nich walki, wiary, nadziei i celu…

Moja sytuacja nie była łatwa. Jak udało mi się u kogoś przenocować to było dobrze, jeżeli nie to spałem na klatce schodowej, lub włóczyłem się całą noc po mieście. Nieraz kogoś okradałem lub włamywałem się do sklepu.

Od nadużywania alkoholu i leków psychotropowych oraz niedosypiania czułem się rozbity psychicznie i fizycznie. Spotykając się z kumplami od butelki starałem się nie okazywać jak jestem rozdarty, zakładałem maskę twardziela.

Od śmierci babci moje życie zmierzało do samozagłady. Coraz częściej policja zatrzymywała mnie przy włamaniach. Przy jednym z nich, kiedy policjant uderzył mnie, wpadłem w furię. Oddałem mu, z tym, że dużo mocniej.

Zatrzymano mnie aż do wszystkich rozpraw. Z wszystkich wyroków nazbierało mi się 5 lat i 6 miesięcy więzienia.

 

* * * * *

W czasie tego długiego wyroku postanowiłem odnaleźć ojca. Jego adres zamieszkania znalazłem przez Centralne Biuro Adresowe w Warszawie. Z niecierpliwością czekałem na wyrażenie zgody przez mojego ojca, żeby przekazać mi adres. Chciałem poznać tego człowieka, spojrzeć mu w oczy, usłyszeć go. Nie miałem do niego takiego żalu jak do matki. Niestety nie było mi dane go zobaczyć. Po paru dniach otrzymałem informację z CBA w Warszawie: Pana ojciec nie żyje.

To był szok: Dlaczego właśnie teraz, kiedy go odnalazłem? Chyba tak miało być – pomyślałem, starając się do tego tematu już nie wracać. Pogodziłem się z tym, że nigdy go nie widziałem i nie zobaczę…

* * * * *

Już na samym początku odbywania wyroku dokonywałem wiele samookaleczeń. Po zasięgnięciu opini u psychologa Administracja Zakładu Karnego skierowała mnie na oddział dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Był to tak zwany czerwony blok „eska”. Cele były trzyosobowe, bardzo małe. Przebywając w takim miejscu przeżywałem stres i napięcie. Zakładałem żelazną maskę, ale moja psychika była spętana. Doszło do tego, że zacząłem mieć częste omamy różnego typu, ogromne lęki. Byłem agresywny, nie spałem po nocach, żyłem jak w amoku. Leki psychotropowe częściowo zagłuszały ten stan. Kiedy mówiłem o tym psychologowi i innym pracownikom Z.K to mi nie wierzyli, ponieważ wielu skazanych symulowało podobne rzeczy i zaliczono mnie do jednego z nich. Czasem nachodził mnie tak wielki strach i niepokój, że z całych sił uderzałem głową w ścianę. To na chwilę rozładowało te uczucia.

Coraz częściej zamykano mnie w celi dźwiękochłonnej, a zaraz potem wieziono do szpitala psychiatrycznego. Tuliłem głowę między kolanami i mówiłem: Dlaczego?... Dlaczego tak jest?!... Byłem już znużony i zmęczony. Coraz częściej w moich myślach pojawiało się pragnienie śmierci. Ona wydawała mi się najlepsza w tej sytuacji. Leżałem na koi więziennej nafaszerowany psychotropami, pragnąc zasnąć i już więcej się nie obudzić. Było mi wszystko jedno, nie chciałem nawet już jeść. Regularnie otrzymywałem raporty karne, bo nie wstawałem do obchodu wieczornego oraz za inne rzeczy.

 

 

9. JEST TAKA MIŁOŚĆ

Nastąpił kolejny atak agresji. Pobiłem jednego ze skazanych, a następnie chwyciłem żyletkę i pociąłem sobie głęboko przegub ręki. Otrzymałem mocną dawkę relanium w zastrzyku, potem drugą, bo jakby na mnie nie działało. Sprowadzono mnie do celi dźwiękochłonnej i założono ochronny kask, żebym sobie nic nie zrobił. Po dwóch dniach zostałem umieszczony w celi izolacyjnej. Czułem się zmęczony po tej szamotaninie. To, co tam się wydarzyło, rzutowało na całe moje życie.

Snułem się od ściany do kraty w mrocznej celi izolacyjnej. Intensywnie myślałem, by uwolnić się z tego wewnętrznego bólu, cierpienia i smutku. Nie mogłem już tego znieść. Cichy głos pomagał mi w tym jakby ze zdwojoną siłą, jak nigdy przedtem: Spójrz głęboko w swe życie. Nie masz domu, nie ma dla ciebie miejsca, w którym mógłbyś spokojnie odpocząć, odizolować się od problemów. Zawsze będziesz się szwędał. Nie masz żadnej rodziny, nie masz nikogo, bo wszyscy odwrócili się od ciebie. Męczysz się żyjąc z dnia na dzień. Spójrz, gdzie jesteś? Popatrz na tą obskurną celę. Tylko to ci zostało, nic więcej. Twoje życie jest piekłem na ziemi i nie sensu tu żyć. Śmierć może być tylko WYZWOLENIEM! ZRÓB, CO MASZ ZROBIĆ!

W jednej sekundzie w mojej głowie zrodził się plan „POZBAWIĆ SIĘ SKUTECZNIE ŻYCIA”. Przygotowałem dwie ostre żyletki, które udało mi się przemycić. Celem było skutecznie podciąć aortę, by nikt nie zdążył mnie odratować. Przez chwilę pomyślałem, żeby zostawić krótki list pożegnalny. Jednak zrezygnowałem z tego w obawie, że coś odwiedzie mnie od tego planu. Całe moje ciało drżało w dziwny sposób. Byłem roztrzęsiony, ręce mi latały. Postanowiłem zapalić jeszcze przysłowiowego, ostatniego papierosa. Nie miałem go, ale miałem tytoń i papier na skręta.

Sięgnąłem po niebieską książeczkę, którą wcześniej otrzymałem jako papier na skręty. Był to Nowy Testament rozdawany przez służbę Gedeonitów. Papier z niej świetnie nadawał się do tego.

Otworzyłem ją i zacząłem wyrywać z niej kartkę. W pewnej chwili mój wzrok wyostrzył się i zatrzymał na słowach kartki, którą właśnie wyrywałem. Pisano o kimś, kogo uwięziono, z kogo drwiono, zdjęto jego własne ubranie i włożono jakieś ohydne. Lecz tego było mało oprawcom. Zrobili mu koronę z bardzo ostrych cierni, która rozrywała mu skórę na głowie. Potem zaczęli na niego pluć i go wyśmiewać. Bili go także po głowie i znęcali się. Po całym tym upokorzeniu zaprowadzili go na miejsce jego kaźni, by go zamordować. Na żywca przybili go do krzyża. I to jeszcze im nie wystarczyło. Naśmiewali się, cały, liczny tłum drwił z niego. Mówiono: „Zaufał Bogu, niech On teraz go wybawi, jeśli ma w nim upodobanie wszak powiedział: JESTEM SYNEM BOŻYM (Ew.Mat 27:43).

Imię jego brzmiało Jezus. I wisiał tam, taki pobity i umęczony brocząc krwią. Zobaczyłem ten obraz bardzo wyraźnie i znów pomyślałem o jego słowach: JESTEM SYNEM BOŻYM. Coś we mnie drgnęło, poruszyło się. Kiedy widziałem, jak doznaje krzywdy od ludzi i to niewinnie, to pomyślałem o swoich krzywdach. Tylko nie mogłem zrozumieć jednej rzeczy, która mnie nurtowała: Jeżeli był synem Bożym, to dlaczego nikomu nie odpłacił za to, co mu zrobiono? Nawet się nie bronił, tylko milczał w tym cierpieniu i upokorzeniu umierając na krzyżu. Przecież ja zawsze odpłacałem tym, co mnie krzywdzili. To mi w żaden sposób nie pasowało! Stwierdziłem, że chyba zwariowałem zastanawiając się nad jakimś fikcyjnym Jezusem. Jednak ciągle nurtowało mnie pytanie: Dlaczego nikomu nie odpłaciłeś? Dlaczego dałeś się tak upokorzyć? Po co to wszystko?

Nagle, niespodziewanie usłyszałem głos jakby z mego serca: Dlatego, bo ciebie kocham. Nie rozumiałem, co się dzieje, wiedziałem tylko, że coś się dzieje. Znowu usłyszałem ten cudowny głos: Kocham cię Piotrze! W tym samym momencie odczułem, że nie jestem sam.. Było to odczuwalne wszystkimi zmysłami, więc nie mogłem temu w żaden sposób zaprzeczyć. Chwilami miałem wrażenie, jakbym nie był w tej celi. Poczułem, jak otula mnie coś ciepłego i jednocześnie spływa na moją głowę. To było takie przyjemne. Czułem coś, czego nigdy wcześniej nie czułem, jakbym ujrzał serce samego Boga. Odczuwałem jego potężną, ojcowską miłość. To doświadczenie miłości samego Jezusa sprawiło, że po raz pierwszy w swoim życiu zacząłem płakać łzami wdzięczności za tą realną miłość, którą wylewał na mnie. Jednocześnie było mi przykro, ta miłość sprawiła, że poczułem się bardzo grzeszny. Przyjmując ją stanąłem przed samym Bogiem mówiąc: Wybacz mi, wybacz! Czułem jak schodzi ze mnie ciężar, byłem taki wolny. Płakałem jak dziecko. Jezus czule do mnie przemawiał, a ze mnie schodziła nienawiść do mamy, rodziny i ludzi.

Ten dzień był dniem moich drugich narodzin, narodziłem się na nowo. Czułem się taki bezpieczny. Wiedziałem, że teraz mam Ojca i że jestem dzieckiem Bożym. Po kilku godzinach położyłem się na koi i spokojnie zasnąłem wiedząc, że kiedy wstanę, przywitam nowy dzień mojego życia dziękując za to, że żyję.

* * * * *

Gdy opuściłem celę izolacyjną chciałem spotkać się z chrześcijanami. Zapisałem się na spotkania Świadków Jehowy, bo słyszałem, ze można u nich dostać całą Biblię za darmo. Po paru spotkaniach otrzymałem od nich Biblię. Byłem z tego powodu szczęśliwy i w każdej wolnej chwili chłonąłem to, co tam jest napisane. Bóg wyraźnie przemawiał do mnie przez Biblię. Jego słowo było realne i żywe.

Ciągle chciałem mówić tylko o Jezusie, Bogu i zbawieniu. Opowiadałem ewangelię napotkanym skazanym i tym, z którymi siedziałem w celi. Czasem serca niektórych były dotykane, lecz pozostali szybko ich „sprowadzali na ziemię”. Natomiast niektórzy od razu drwili sobie ze mnie, kiedy mówiłem im o Jezusie. Nie zniechęcało mnie to, bo tylko Bóg wypełniał moje serce, żyłem jego słowem. A fałszywy przyjaciel nie mówił już do mnie. Poczułem się bardzo pewny siebie. Myślałem, że przeciwnik Boży - szatan - nie może mi już nic zrobić, nie może mnie zaatakować. Jednak to Słowo Boże mówi: „Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi, lecz przeciw zwierzchnościom, przeciw władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw duchowym pierwiastkom zła na wyżynach niebieskich.”(Efezjan 6:12)

Przeciwnik Boga wiedział, że chcę bardziej poznać Jezusa. Chcąc zniszczyć ten plan zaczął krążyć wokół mnie jak lew ryczący (1Piotra 5:8).

Szatan znał wszystkie moje słabe punkty. Zaczął wykorzystywać mój brak cierpliwości poprzez zniechęcenie do czytania Biblii. Całe to zjawisko odbywało się stopniowo, aż któregoś razu diabeł znowu zaczął szeptać: Czytałeś już wystarczająco dużo Biblię i znasz ją na tyle, ile ci potrzeba. Odpocznij, na pewno tego wszystkiego nie zapomnisz. Myślałem, ze wystarczy tylko przeczytać Biblię. Nie wiedziałem, że należy ją poznawać coraz bardziej i prosić Boga o objawienie tego słowa w sercu, tak, żeby Boże prawa zamieszkały w ludzkim umyśle i sercu (Hebr. 8:10).

Finał był taki, że odłożyłem Biblię na półkę. I to był błąd. Zacząłem również coraz mniej modlić się. A przecież Bóg w swoim słowie mówi, byśmy modlili się bez ustanku (1Tesal.5:6).

Ciągle paliłem papierosy. Zaczęły też wracać bliżej nieokreślone lęki. Brakowało mi tego cudownego pokoju w Jezusie. Spędzałem za mało czasu z Bogiem. Zacząłem znowu okaleczać się, choć nie mogłem pogodzić się z tym, co robię. Lecz było to ogromne związanie w duszy. Gdy ciąłem żyletką swoje ciało płakałem szczerymi łzami wołając: Tatusiu, pomóż mi! Jednak Biblia nadal pozostawała na swoim miejscu. Znowu zażywałem leki psychotropowe. Brałem Clonozepan, którego potrzebowałem coraz więcej z miesiąca na miesiąc. Dałem podejść się szatanowi. Czułem jak zraniła mnie ognista strzała opisana w Liście do Efezjan 6:16.

To była cena za zlekceważenie Słowa Bożego.

 

10. CIEMNA DOLINA

Po tak zwanym „przezgredzeniu”, czyli gdy ukończyłem 24-ty rok życia, przewieziono mnie na Zakład Karny w Wołowie. Tam również trafiłem na oddział terapeutyczny zwany „eska”. Miałem jedną z lepszych cel, zwarzywszy na to, że na tym oddziale przebywały osoby z różnymi zaburzeniami psychicznymi i fizycznymi. Ci ludzie dbali, by w celi był porządek i jeden drugiemu nie wchodził w drogę.

Całe dnie leżałem na koi. Dzień polegał na tym, by załatwić sobie kawę i tytoń. Cała reszta odbywała się w mojej duszy i duchu. Tam właśnie toczyła się walka, o której wiedział tylko sam Bóg. Czułem Jego miłość do mnie, pomimo to, że mój stan duchowy nie był dobry. Z tego powodu przychodziło potępienie od szatana, ale czułem wyraźnie rękę Bożą nade mną. Czasem brałem Biblię, lecz w krótkim czasie odkładałem z powrotem na półkę.

Słowo Boga żywego, jakim jest Biblia mówi, że wiara jest ze słuchania słowa (Rzymian 10:17), a słowem jest Jezus (Objawienie 19:13). Bóg jest z każdą osobą, której serce jest skruszone i szczerze wołające o pomoc (PS.51:19). On nigdy nie zostawi człowieka, który woła do niego. Bóg pragnie takiemu człowiekowi odpowiedzieć. Trzeba tylko mu ufać.

Po jakimś czasie do naszej celi dokoptowano jednego osądzonego. Okazało się, że miał on kontakt z Biblią. Człowiek ten był wyśmiewany na oddziale przez innych z tego powodu, że mówił o Bogu. Któregoś razu spostrzegł na mojej półce Biblię i zaproponował wspólną wizytę po więziennych zborach. Zaczęliśmy odwiedzać Świadków Jehowy, Epifanię, Zielonoświątkowców i Katolików. Pisał też listy z pewnym Krzysztofem. Również ja zacząłem do niego pisać. Przysyłał mi różne czasopisma o tematyce duchowej i wspierał w najważniejszych potrzebach materialnych. Człowiek ten oddany był służbie więziennej, mający gorące serce dla Boga. Wlał on wiele wiary i nadziei w moje życie. Jego ofiarna służba z więźniami dotknęła także i mnie. Do dnia dzisiejszego jesteśmy przyjaciółmi.

Będąc w więzieniu korespondowałem też z pewnym małżeństwem chrześcijan: Ryszardem i Helenką. Poznaliśmy się przez naszego wspólnego znajomego Krzysztofa. Ryszard wspierał mnie duchowo poprzez słowa pociechy w swoich listach. Oboje pragnęli pomóc mi na wolności. Ich zięć Daniel również zainteresował się moją osobą.

Czułem, że coś rozbudza się we mnie na nowo. Był to głód Boga. Leżąc na pryczy wołałem do Boga o pomoc, wiedząc,

że tylko On może zmieniać moje życie i prowadzić do prawdziwej wolności w Jezusie Chrystusie. Wolności od kajdan i sideł diabelskich, wyjścia z moich niemocy. Miałem pełne rozeznanie, że sam o własnych siłach nie mogę nic zrobić. Nie bez Boga! Bez Niego jestem bezsilny, zwykły, grzeszny, kruchy człowiek.

Dodatkowo sytuacja była napięta, ponieważ był strajk więźniów, który wylał się na szereg Zakładów Karnych w Polsce. Korytarze obstawione były przez „klawiszy”, wszystko było wstrzymane. Z każdym dniem atmosfera robiła się coraz gęściejsza. Pociąłem się dwukrotnie i wylądowałem na oddziale psychiatrycznym w więzieniu we Wrocławiu.

* * * * *

Do wyjścia z więzienia zostało mi parę miesięcy. Ktoś, kto odsiedział prawie 5 lat i ma wyjść na „wolkę” to niesamowicie się cieszy. Ja tak bardzo nie cieszyłem się, bo przecież nie miałem do czego wracać. Nie miałem dachu nad głową, a rodzina nie chciała mieć ze mną kontaktu. Z kolei znajomi odwrócili się, odkąd siedziałem. Każdy z nich żył własnym życiem. W momencie, gdy Boża miłość odnalazła mnie w obskurnej celi izolacyjnej Zakładu Karnego w Rawiczu, nie chciałem już więcej wracać do starego życia. Nie chciałem już kraść i robić inne złe rzeczy. Dlatego świadomość zbliżającego się terminu mojego wyjścia zaczęła mnie przerażać. Całymi dniami moje myśli krążyły wokół tego, co będzie na wolności. Co zrobię, dokąd pójdę, czy dam radę?

Do tego przychodziły myśli, które pochodziły z wiadomego dla mnie źródła: Nie dasz sobie rady na wolności, będziesz musiał kraść. Nikt na pewno ci nie pomoże, zginiesz w gąszczu problemów. Nie ustawiaj sobie życia inaczej,j chcąc je w jakiś sposób zmieniać, bo nic przecież nie potrafisz robić, jak tylko kraść. Daremny twój trud!

Im bliższy był koniec mojej kary, tym bardziej te myśli były natrętne. I to wywoływało obawy.

Słowo Boże mówi, żebyśmy nie troszczyli się, bo Bóg troszczy się o nas (Ew.Mat.6:25-34).

Po prostu dopuściłem do siebie chorobliwy lęk przed przyszłością zamiast od razu zaufać Panu. Swoje problemy uczyniłem większe od Boga. W mojej głowie nagromadziło się już wiele planów na przyszłość. To były twierdze w moim umyśle, nie do zdobycia. Lecz Bóg w jednej sekundzie może zniszczyć to, co człowiek sam zbudował i co jemu nie służy.

I tak też stało się ze mną dzięki łasce Bożej.

Ostatnia noc była prawie bezsenna, leżałem na koi i modliłem się. Prosiłem Jezusa o pomoc, siłę dla mnie, kiedy opuszczę mury więzienne, bo czułem ogarniający mnie lęk. Bitwa trwała do samego rana, ale zwyciężył ją żywy Bóg.

Po całej tej nocy moje zbudowane, wielomiesięczne plany rozpadły się na kawałki. Bóg zniweczył je wszystkie. Poczułem ogromną ulgę. Pan zniszczył wszystkie warownie w mojej głowie zbudowane na lęku.

* * * * *

Szedłem korytarzem w stronę wolności myśląc, jak przez te wszystkie lata bardzo wrosłem w niewolę, więzienne mury. Zostawiłem tam prawie 8 lat z moich 26-ściu.

Usłyszałem trzask przekręcanego klucza i byłem po drugiej stronie muru.

Wyjąłem numer telefonu Ryszarda i wykręciłem go. Odebrała jego żona. Usłyszałem: Przyjeżdżaj do nas, podaję ci adres. Poczułem ulgę, dziękując Bogu za tych ludzi.

* * * * *

Postanowiłem po drodze zajechać do swojego miasta, a dopiero potem do nich. Ten fatalny błąd dużo mnie kosztował. Wzięły górę sentymenty i nieuzasadniona tęsknota za tym miejscem, które było przecież miejscem moich wewnętrznych cierpień.

Dojechałem do celu późno w nocy i krzątając się po mieście, zobaczyłem sklep nocny. Usłyszałem cichy szept w swoim umyśle: Tylko jedno winko! Jest przecież chłodna noc, przy winku czas do rana szybciej zleci. Twoje pierwsze i ostatnie winko po wyjściu. Nie musisz się bać, że się rozpijesz, miałeś przecież tyle przerwy w piciu. Nie musisz o tym mówić swoim wierzącym przyjaciołom!

Nic mnie nie tłumaczyło, kiedy kupowałem ten alkohol, po prostu poddałem się pokusie.

Rano obudziłem się na klatce schodowej z potężnym kacem. Dogłębnie raniła mnie świadomość tego, co zrobiłem. Wróg nie czekał długo, kuł żelazo, póki gorące: Widzisz? Przegrałeś, zawiodłeś Boga, zawiodłeś tych, którzy ci ufali. Tak naprawdę nigdy nie nawróciłeś się! A jeśli nawet tak, to Bóg dawno cię zostawił, odrzucił, bo jesteś złym człowiekiem!

Skierowałem się w stronę „meliny”, na której przebywałem przed odsiadką. Gdy mnie zobaczyli kumple, przyjęli bardzo radośnie. Gospodarz domu powiedział, żebym zamieszkał u niego parę dni, zanim nie znajdę sobie czegoś.

Przebywając tam dłuższy czas, zastanawiałem się: Boże, co ja tu robię? Co ja robiłem przez całe swoje życie? Atmosfera grzeszności w tym miejscu była bardzo odczuwalna, przytłaczała mnie. Ostatnie leki psychotropowe zażyłem jakiś czas temu, a moje uzależnienie od nich było bardzo silne. Organizm domagał się nowej porcji prochów. Nie miałem jej

i czułem się fatalnie. Do tego naszedł mnie ogromny lęk oraz nienaturalne uczucia – omamy. Przechylając szklankę taniego wina, które miało być lekarstwem na ten stan – poderwałem się i wybiegłem z „meliny”.

* * * * *

Chodziłem po ulicach trzęsąc się i próbując się uspokoić. Odbierałem świat rzeczywisty, jednocześnie słyszałem różne głosy i dźwięki, które do niego nie należały. Medycyna ma na to swoje określenia. Czasami ten stan ustępował po to, by powrócić. Wydawało mi się, że tego nie wytrzymam.

Przechodząc koło Zakładu Pogrzebowego zobaczyłem trumnę. W mojej wyobraźni pojawiła się znowu babcia. W mój umysł wlewały się natrętne oskarżenia: WYKOŃCZYŁEŚ JĄ! Jesteś winny jej śmierci! To piętno będziesz nosił do końca życia! Zacząłem krzyczeć: Panie, przecież Ty wszystko mi wybaczyłeś! Wiem, że mnie kochasz, mój Jezu! Ja wiem, że tak! I proszę, wybacz też to, co chcę zrobić!

Udałem się w stronę cmentarza. Docierając tam, odnalazłem grób babci. Był wieczór, na cmentarzu było pusto i cicho. Patrząc na mogiłę babci, wybuchnąłem wielkim szlochem. Złośliwe omamy jakby ustąpiły na ten moment. Płacząc wypowiadałem te słowa: Tatusiu niebieski, widziałeś całe moje życie, każdy mój wewnętrzny ból i cierpienie! Dałeś mi Jezusa, odnaleźliście mnie. Lecz spójrz tatusiu na moje życie, jestem ogołocony ze wszystkiego, nie mam nawet dokąd iść. Nie mam, jesteście tylko Wy i tylko Wy o mnie myślicie. Nie chcę kraść, oszukiwać i robić inne złe rzeczy. Takie życie mnie zabija. To powolne umieranie jest nie do zniesienia, jakby przebywanie w piekle. Tylko wybacz, że w taki sposób chcę stąd odejść. Wiem, że zrozumiesz. Bo wiesz, że cię kocham i chcę być przy Tobie. Przyjmij mnie tatusiu…

Szloch wstrząsnął moim ciałem i wstrząsał jeszcze bardziej, gdy Pan przemówił w moim sercu tym słodkim głosem.

Tak cudownym, że poznawałem w nim Jego miłość do mnie. Kiedy Bóg przemawia to człowiek z całą pewnością wie, że właśnie przed Nim stoi. Cichy, delikatny, pełen miłości głos rzekł w mym sercu: Kochany Piotrze, idź stąd, ja będę cię prowadził. Nie lękaj się, pomogę ci, będę przy tobie. Zatroszczę się o ciebie w każdej sprawie. Nie bój się umiłowany, zaufaj mi.

Opuszczałem cmentarz przeżywając Bożą obecność. Zostało mi jedno: ZAUFAĆ MU CAŁYM SWOIM SERCEM.

Już niedługo miałem doświadczyć we własnym życiu, co oznacza pokładać zaufanie jedynie w Bogu.

 

 

 

 

 

11. ŁASKA

Gdy odchodziłem z cmentarza, przyszedł mi do głowy pomysł, by spróbować dostać się do szpitala psychiatrycznego. Nie chciałem już iść na żadną „melinę”. Poza tym mój stan psychiczny nie był najlepszy. Udałem się na tutejszą izbę przyjęć. Zgłosiłem uwagi na temat moich stanów lękowych i omamów. Powiedziałem, że ciągle leczyłem się farmakologicznie biorąc psychotropy i że od dłuższego czasu ich nie zażyłem. Wyjąłem i pokazałem teczkę z dokumentami medycznymi na temat mojego leczenia psychiatrycznego. Dostałem zastrzyk relanium i powiedziano mi, że przejdzie i będzie dobrze. Ciągle nie dawałem za wygraną. Personel zadzwonił po policję, gdyż wyczuli ode mnie alkohol, który wcześniej spożyłem. Finał był taki, że wylądowałem na odtruciu alkoholowym. Gdy odłączono mnie od kroplówek, stwierdzono zaburzenia psychotyczne i skierowano na oddział psychiatryczny.

Był to dla mnie bardzo ciężki czas. Faszerowano mnie 3 razy dziennie „HALOPERIDOLEM” w zastrzykach, po którym wykręcało mi stawy i mięśnie. Był to skutek uboczny leku. Snując się po szpitalnym korytarzu, rozmawiałem z Bogiem, był On dla mnie teraz najważniejszy. Był moim światłem (Ew.Jana 8:12). W swoich słowach mówiłem: Tobie zaufałem i chcę w tym trwać. Wszystko Tobie powierzam. Wiesz, Panie,

że przez większość mego życia brałem leki psychotropowe. Czasem myślę, że nie potrafię bez nich żyć. Lęki, depresja, nerwica, niepokój, omamy i autodestrukcja rujnują moje życie. A ja chcę zaznać pokoju w sercu ( ). Nie chcę tak cierpieć, nie potrafię pogodzić się z tym. Ty możesz uwolnić mnie od tych chorób, bo jesteś dobry i miłosierny. Kochasz mnie i wiem o tym, że prędzej czy później uzdrowisz mój umysł. Kochany Jezu proszę, uwolnij mnie, proszę…

Któregoś dnia ujrzałem w duchu Jezusa w różnych sytuacjach. Zobaczyłem go także na krzyżu broczącego krwią i cierpiącego. Moje oczy zaszły łzami, przeżywałem jego mękę. W duchowej rzeczywistości zacząłem doświadczać odkupienia na krzyżu. Jezus stał się za nas grzechem ofiarując samego siebie (1 Tymot.2;6). W tym czasie Bóg wlewał we mnie wiarę. Uwierzyłem, że moja niemoc i słabość jest na krzyżu, bo Pan przyjął to na siebie.

Po tych wydarzeniach przestałem narzekać, gdy wzywali mnie Psychiatrzy. Ogłaszałem, że Jezus zmienił moje życie, pomógł mi i będzie pomagał, że czuję się dobrze i nic mi nie jest. Faktycznie, kiedy to mówiłem, czułem wielką radość. Najwspanialsze było i jest to, że żadna z tamtych chorób takich jak: zaburzenia psychotyczne, nerwica, depresja na podłożu zmian w ośrodkowym układzie nerwowym, nigdy więcej nie wróciły po dzień dzisiejszy. A minęło już parę lat jak od tamtej pory nie wziąłem ani jednego leku na te schorzenia. W miejsce słabości przyszła siła (Filip.4:1). Z dnia na dzień oglądałem wspaniały cud, który Pan mi uczynił i co dzień dziękowałem za to. Pan okazał się wierny, jak to zapowiedział. Od obietnicy danej mi na cmentarzu, Łaska Boża wyraźnie manifestowała się w moim życiu.

* * * * *

Podczas pobytu w szpitalu zebrałem się na odwagę, aby ponownie zadzwonić do Ryszarda. Wyraził radość, kiedy usłyszał mój głos. Po rozmowie powiedział, że przyjedzie do mnie i żebym niczym się nie przejmował. Gdy rozmowa się zakończyła, przez długi czas dziękowałem Bogu za Jego Łaskę. Poczułem, że nie jestem sam, że Pan posyła do mnie ludzi, aby mi pomóc. Odczułem ulgę.

Zadzwoniłem też do Krzysztofa. Kiedy odebrał telefon, bardzo się ucieszył. Pokrzepiał mnie, mówiąc, że Bóg na pewno dalej mnie poprowadzi.

Ryszard pojawił się w szpitalu razem ze swoim zięciem Danielem, który również interesował się moją sytuacją, kiedy siedziałem jeszcze w więzieniu. Gdy tak na nich patrzyłem, byłem wewnętrznie poruszony, dziękując w sercu Jezusowi. Otrzymałem wypis ze szpitala i chwilę później siedziałem z nimi w samochodzie. Dowiedziałem się, że będę miał gdzie mieszkać.

Kiedy przejeżdżaliśmy obok mojego miasta, spoglądałem na mijające nas światła. W mych oczach pojawiły się łzy radości. Wiedziałem, ze Pan troszczy się o mnie. Mając wewnętrzny pokój, z optymizmem patrzyłem w przyszłość.

 

* * * * *

Daniel i jego żona Marta to ludzie szczerze oddani Bogu. Mieszkają w Sierczynku koło Międzyrzecza, kierują oni Ośrodkiem Zastępczego Rodzicielstwa zajmując się problemami osieroconych dzieci.

Jako małżeństwo mieli wyraźny pokój i ufność przyjmując mnie do swojego domu. Po ludzku wydawało się to nie do pomyślenia! Przyjąć pod dach, gdzie są też małe dzieci, kogoś z taką przeszłością?! Lecz oni mając ten pokój w sercu i ufność w Bogu, postanowili szczerze mi pomóc. Bóg dał im chcenie i wykonanie (Filip.2:13).

Przebywając u nich pomagałem im w różnych pracach na terenie Ośrodka, w którym mieszkali. Jednocześnie uczyłem się pracować, ponieważ nie byłem tego nauczony. Wolny czas spędzałem na budujących rozmowach z nimi.

Dziś mogę dziękować Bogu, że Daniel i Marta okazali mi tyle serca i cierpliwości.

Pewnego dnia włączyłem płytę kompaktową z napisem „Żywy Zdrój”. Popłynęła muzyka i śpiew, który uwielbiał Boga. Byłem poruszony całą treścią tej płyty. Cała płyta była wspaniała, ale dwie pieśni szczególnie dotykały mego serca. Jak się później okazało, jedna z nich śpiewana była przez moją przyszłą żonę Julię, a oto jej treść:

 

Gdy drogi pomyli los zły i oczy mgłą zasnuje

Miej w sobie tę ufność, nie lękaj się.

A kiedy gniew świat ci przesłoni

I zazdrość jak chwast zakiełkuje

Miej w sobie tę ufność, nie lękaj się.

 

Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę

Ty tylko mnie poprowadź, Panie mój.

 

Prowadź, jak innych prowadzisz

Przez drogi najprostsze z możliwych.

I pokaż mi jedną, tę jedną z nich.

A kiedy już głos Twój usłyszę

I karmić się będę nim co dzień.

Miej w sobie tę ufność, nie lękaj się.

 

Druga pieśń śpiewana była przez Julii siostrę, a jej słowa brzmiały tak:

Sam niewiele mogę dać,

Tylko me serce, które pragnie Cię

Co dzień miłości Twojej chce,

By rany leczyć, gdy samotne jest.

 

Ja nie chcę w myślach swych błąkać się

Gdy serce Ciebie tak kochać chce

Twoja miłość niech wypełni mnie

By radość sobie i wszystkim nieść.

 

Ja Ciebie niegodny, lecz Tyś moim Ojcem,

Do Ciebie zwracam się

Co dzień nadzieją jesteś mi

Gdy mocno kochać nie potrafię Cię.

 

O tej pory zacząłem słuchać głównie płyt uwielbiających Boga. Nigdy wcześniej bym nie pomyślał, że muzyką i śpiewem można tak uwielbiać Jezusa.

 

* * * * *

Prawnie wciąż byłem osobą bezdomną. Straciłem już dawno nadzieję na własny lokal. Od mojej eksmisji w 1998 roku starałem się o mieszkanie socjalne z gminy. Lecz władze systematycznie odmawiały mi przyznania lokalu z uwagi na to, że wyrok eksmisyjny zapadł bez wskazania nowego lokalu. Była to typowa eksmisja na bruk.

Dopiero po paru latach udało mi się dostać na listę osób oczekujących na najem lokalu socjalnego. W kolejce byłem aż 62-ugi. Lokali socjalnych było bardzo mało. W jednym roku miasto oddawało zaledwie parę takich mieszkań do użytku. Więc będąc 62-ugi na liście musiałbym czekać, co najmniej 10 lat. Musiałby zdarzyć się cud, abym dostał mieszkanie wcześniej. I ten cud wydarzył się!

Któregoś dnia wybrałem się do swego miasta. Będąc tam głosiłem swoim starym znajomym ewangelię jak umiałem. Oni już nie mieli na mnie wpływu, teraz ja mogłem im przekazać coś innego. Nagle dostałem silne przekonanie, aby właśnie teraz udać się do Urzędu w sprawie mieszkania. Schowałem Nowy Testament, mówiąc starym kumplom, że idę załatwiać mieszkanie. Kiwnęli tylko na mnie, uważając to za stratę czasu.

Trafiłem do samego prezesa, pozwolił mi usiąść. Zacząłem opowiadać mu o swojej sytuacji mieszkaniowej. Kiedy skończyłem, zapadła cisza. Spodziewałem się już odpowiedzi odmownej, kiedy nagle usłyszałem: Myślę, że jest dla Pana mieszkanie - Przez chwilę pomyślałem, że facet na pewno pomylił mnie z kimś, ale nie, on ciągnął dalej – Przyjdzie do pana decyzja. Powiedział, gdzie mam się zgłosić i dodał, że mam się nie przejmować. Ścisnął moją rękę, uprzejmie żegnając się. Byłem tak zaskoczony, że brakło mi jakichkolwiek słów. Bóg tak realnie działał w moim życiu, że nie mogłem powstrzymać wdzięczności z Jego łaskę.

Gdy już byłem za budynkiem Urzędu, wzniosłem ręce do góry i na głos dziękowałem memu Zbawcy. Dziękowałem za to, że wszystko, co mi obiecał, wypełnia się na moich oczach. Ludzie, którzy przechodzili, patrzyli, co ja robię. A ja nie chciałem hamować swojej radości i wdzięczności. Po tym wszystkim zaszedłem jeszcze do znajomych, którym wcześniej głosiłem ewangelię o realnym Zbawicielu. Powiedziałem,

że dostałem mieszkanie i że nie żartuję. Przez chwilę oniemieli. Mówiłem im dalej o tym, że trzeba ufać Bogu, że Jezus jest realny i Ojciec jest realny i Duch Święty jest realny.

 

 

12. BOŻA DOBROĆ

Mieszkając u Daniela i Marty, co niedzielę wyjeżdżaliśmy z całą jego rodziną na nabożeństwa do Gorzowa Wielkopolskiego. Po spotkaniach zasiadaliśmy do wspólnego posiłku.

Tam poznałem pewną dziewczynę, na imię miała Julia. Spodobała mi się, zrobiła na mnie wrażenie.

Odkąd Bóg stanął na mojej drodze, modliłem się o żonę, o kobietę inną niż wszystkie, które do tej pory poznałem. Modliłem się, by była: dobra, skromna, opiekuńcza, mądra, kochająca, ale przede wszystkim wierząca.

I oto na mojej drodze stanęła kobieta, która posiadała te cechy. Coraz częściej ze sobą rozmawialiśmy, czekałem z niecierpliwością na kolejną niedzielę, żeby ją zobaczyć. Stwierdziłem, że właśnie chcę taką żonę.

Julia to dojrzała życiowo kobieta, rozważna, stabilna, wywodząca się z chrześcijańskiego domu. W mojej głowie przetaczały się myśli: A ja jestem człowiekiem z taką przeszłością, zupełne przeciwieństwo, nie mając nic szczególnego do zaoferowania. Wydawało mi się to niemożliwe, żebyśmy mogli być razem. Ostatecznie powierzyłem ta sprawę całkowicie Bogu.

Pan wiedział, co jest dla mnie najlepsze. Dziś Julia jest moją żoną, a owocem naszej miłości jest nasza córeczka Agatka. Wszystko, co mamy to zawdzięczamy Jezusowi Chrystusowi, który objawił wolę Ojca tu na ziemi, któremu Ojciec powierzył władzę.

Nasza wspólna wiara sprawia, że pomimo różnorodności, nasze życie małżeńskie pokazuje nam nowe tereny do zdobycia i ziemię obiecaną. Do tej ziemi obiecanej możemy wchodzić tylko przez wiarę w Jezusa, w słowa, które on wypowiedział i które są zapisane w Biblii. Nasze małżeństwo istnieje tylko dzięki łasce Bożej i tego źródła staramy się trzymać. Bóg się o nas troszczy, więc Jemu wszystko powierzamy w chwilach dobrych i złych.

Otrzymaliśmy jeszcze jeden cudowny prezent. Bóg dał wolność Julii od wyniszczającej ją choroby Bulimii, na którą chorowała 10 lat. Wystarczyło, że kiedyś usłyszała, że jest gruba i została tym związana w umyśle, męcząc się przez tyle lat. Straciła wiarę w to, że kiedykolwiek wydostanie się z tych więzów. Opowiedziała mi o wszystkim. Wiedziałem, że będzie nam trudno żyć wspólnie z tą chorobą i nie mogłem pogodzić się z tym. Modląc się, mówiłem: Tak bardzo kocham tą kobietę i nie mogę patrzeć na to, jak ona cierpi. Panie Jezu, błagam, uwolnij ją! Bardzo przy tym płakałem. Bóg wyraźnie przemówił swym cichym, delikatnym głosem: Jedź do niej w sobotę, namaść ją olejkiem i módlcie się wszyscy, a ja ją uzdrowię.

Nie byliśmy jeszcze małżeństwem, kiedy pojawiłem się u niej w domu, przekazałem rodzinie, jakie miałem słowo od Boga. Została namaszczona olejkiem i była gorąca modlitwa całej rodziny, która z nią mieszkała. Bóg jest wierny, jak powiedział, tak się stało, Julia została uzdrowiona. Diabeł próbował jeszcze wykraść jej to uzdrowienie, ale mu się nie udało. Chwała za to kochanemu Jezusowi.

 

* * * * *

Kiedy otrzymałem mieszkanie socjalne w swoim mieście Świebodzinie, zamieszkałem tam i znalazłem pracę na wysypisku śmieci, przy segregacji odpadów. Pracowałem 9 godzin pochylony nad stertami cuchnących śmieci, więc wracałem bardzo zmęczony do swojego mieszkania i czekałem na następną osobę, której miałem głosić ewangelię. Ta praca na śmietnisku była bardzo ciężka, więc niewiele miałem siły, by głosić ewangelię, czego pragnąłem. Zacząłem prosić Boga, by dał mi wyjście z tej sytuacji.

I któregoś dnia, kiedy odwiedziłem Julię, jej ojciec zaproponował, żebym stanął na komisję lekarską starając się o rentę. Wiedział, że posiadam bogatą dokumentację lekarską. Kiedy spotkałem się z psychiatrą, zacząłem dzielić się moimi przeżyciami duchowymi, składałem świadectwo o Jezusie,

o uzdrowieniach, o darach, jakie daje Bóg (tak się złożyło, że w między czasie otrzymałem dar języków), o tym, jak szatan atakuje. Dziś rozumiem, że ten człowiek nie przetrawił tego.

I spoglądając w moją dokumentację, napisał:

- ostre, wielopostaciowe zaburzenia psychotyczne;

- leczony psychiatrycznie od 1994 roku z rozpoznaniem Encefalopatia wrodzona, alkoholizowanie w wywiadzie, samookaleczenia, obecnie urojenia o treści religijnej;

- osobowość nieprawidłowa, Zespół zależności Alkoholowej.

Niedługo otrzymałem I grupę inwalidzką (całkowita niezdolność do pracy i samodzielnej egzystencji).

To był dla mnie szok, bo choć bardzo chciałem, to nie spodziewałem się, że otrzymam rentę. Być może była to odpowiedź na moja modlitwę, bo nie musiałem już pracować na śmietniku. Mogłem wreszcie częściej spotykać się z Julią.

Spotkałem się również z moją matką. Kiedy nastąpiła konfrontacja, mogłem na nowo doświadczyć cudu przebaczenia. Całe życie nienawidziłem mamy, a teraz stojąc przed nią i zapraszając, by przyszła zobaczyć moje mieszkanie, czułem miłość. BOŻA ŁASKA JEST NIEOGRANICZONA!

 

* * * * *

Zbliżył się czas naszego ślubu. Wziąłem zaproszenia i pojechałem do mojej rodziny, gdzie spędziłem dzieciństwo. Byli zaskoczeni zmianą w moim życiu i ślubem.

W dzień ślubu zobaczyłem ich wszystkich, przyjechała także moja matka z moją młodszą siostrą. Jaki ja byłem wzruszony! Był taki czas na weselu, kiedy opowiadałem o tym, co Bóg uczynił w moim życiu, o tym, jaki jest wielki i jak potrafi przemieniać ludzkie serca. A obecność mojej rodziny wnosiła w moje serce jeszcze większą wdzięczność.

Musiał minąć ponad rok od mojego wyjścia zanim rodzina zaczęła ze mną rozmawiać, zanim zaczęła mi ufać. Wystarczyło tylko trwać w wierze i to z czasem zaowocowało obficie. Czasem chcemy czegoś od razu, ale Bóg chce nas nauczyć cierpliwości i chodzenia w wierze.

Do dnia dzisiejszego mam dobre relacje z mamą oraz z rodziną, u której przebywałem jako dziecko. Kiedy jadę do nich zawsze bardzo ciepło mnie przyjmują.

 

13. JAKI ON JEST

Są pewne sytuacje, które co jakiś czas doprowadzają nas do potknięć lub upadków. Bóg pragnie, byśmy podejmowali konkretne decyzje w swoim życiu. Nie chce, byśmy miotali się na prawo i lewo (Jakuba 1:6-8).

Gdy podejmujemy konkretne decyzje, o których przekonuje nas sam Bóg, to w ten sposób składamy mu ofiarę żywą i Pan błogosławi nas jeszcze bardziej (Rzymian 12:1).

Wiele złych rzeczy, które były w moim życiu Pan zabrał w cudowny sposób. A w pozostałe, o które również się modliłem, jakby nie ingerował. Więc pytanie, dlaczego? Bo Bóg wie, z czym możesz poradzić sobie sam! Nam się często wydaje,

że nie damy rady, ale Bóg wie, że damy. Wtedy narzekamy na swój los i nie podejmujemy konkretnych decyzji, na które On czeka. I ciągle czekamy na cud, a on się nie wydarza. Kiedy Bóg widzi, że prawdziwie walczysz, a nie tylko modlisz się,

by Bóg zabrał twoje grzeszki, to w tej szczerej walce On przychodzi i daje ci siłę do zwycięstwa w Jezusie. Wtedy twój problem czy twój grzeszek przestaje żyć w tobie. Nie wolno nigdy uczynić problemu czy grzech, by był większy od Boga. To On wychowuje każdego człowieka, bo go kocha (Hebr.12:5). Najgorzej jest zwlekać z decyzją, bo wtedy człowiek chodzi poturbowany przez grzech, a diabeł ciągle potępia, szepcząc: Jesteś słaby, ciągle upadasz, nie dajesz rady…Jest to KŁAMSTWEM!

Bóg tęskni za nami, kiedy nas przy Nim nie ma. Puka ciągle do naszych serc. On chce dawać radość swoim dzieciom. KOCHA CIĘ I CHCE RZECZYWISTEJ RELACJI Z TOBĄ!

Ktoś mógłby pomyśleć: To mnie nie dotyczy, ja nigdy nie siedziałem w więzieniu, nie piłem, nie ćpałem, miałem normalny dom, rodzice mnie kochali. Ale Słowo żywego Boga mówi, że wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej (Rzym.3:23-24), że Bóg nie ma względu na osobę (dz.Ap.10:34-35) i że z samych dobrych uczynków człowiek nie może być zbawiony, lecz przez wiarę w Jezusa Chrystusa (Efez.2:8-10).

On to został wydany za nasze grzechy i wskrzeszony z martwych dla naszego usprawiedliwienia. Dostąpiwszy więc usprawiedliwienia dzięki wierze, zachowajmy pokój z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa

(Rzymian 4:25-5:1).

 

Jezus stał się grzechem za nas, byśmy przed Ojcem mogli stanąć czyści. Wziął każdą konsekwencje grzechu na siebie: rozbite domy, narkomanię, alkoholizm, biedę, wszelką niemoc fizyczną i psychiczną, każda chorobę itd.

Kiedy konał na krzyżu, ten grzech ludzkości Go tam zabijał.

Biblia mówi, że od godziny 18.00 do 21.00 panowała ciemność (Ew.Łuk.23:44). To nie był teatrzyk. Ojciec patrzył jak Jego Syn przyjmuje cały grzech tego świata na siebie i umiera.

Jezus nie zawahał się umrzeć za mnie i za ciebie na krzyżu. Podjął tą decyzję z miłości do ciebie i zniszczył dzieło diabła (Kolos.2:15).

Nie jesteś zagubionym i zapomnianym dzieckiem Boga błąkającym się bez nadziei. Szczególne miejsce w JEGO SERCU zostało ci wyznaczone, zanim byłeś w stanie odwzajemnić mu miłość. Nie jest to miejsce, które zdobyłeś swoją dobrocią. Wyznaczył je dla ciebie, ponieważ kocha cię takim, jaki jesteś.

Gdy przyjmiesz Jezusa jako swojego zbawiciela połączysz się z miłością twojego Ojca w niebie. Jeśli pozwolisz, by zabrał twoje grzechy i błędy, rozpocznie się dla ciebie nowa przyszłość. On zna twoje imię i wypowiada je szeptem, czekając, aż mu odpowiesz.

 

Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM,

i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do sprawiedliwości, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia

(Rzymian 10:9-10).

 

MODLITWA O PRZYJĘCIE JEZUSA JAKO SWOJEGO PANA I ZBAWICIELA:

 

Dziękuję Ci Jezu za to, że umarłeś zamiast mnie na krzyżu. Jestem grzesznikiem, wybacz moją winę, wymarz każdy grzech. Niech krew Jezusa obmyje mnie z każdej mojej winy. Przyjmuję Twoje wybaczenie. I ogłaszam ciebie Jezus moim Panem. Szatan już nie może panować, grzech nie może panować, tylko Jezus panuje od teraz i na zawsze. Ogłaszam Ciebie moim Zbawicielem, to Ty mnie wyrwałeś z piekła, to Ty mnie zbawiłeś. Ja przyjmuję Twoje zbawienie. Duchu Święty przyjdź i przekonaj mnie, że jestem nowym stworzeniem w Jezusie Chrystusie, stare przeminęło, jest nowe życie we mnie. AMEN.

 

KOŃCOWE SŁOWO

Otrzymałem nowe życie. Gdy wracam myślami do przeszłości to wzmaga się we mnie wdzięczność. Dziękuję Jezusowi, że uwolnił mnie z klatki, w której spędziłem wiele lat.

Szeroko otworzył jej drzwi i wyciągając swoje przebite ręce rzekł młodemu chłopakowi: WYJDŹ NA WOLNOŚĆ, OTO DROGA DO WOLNOŚCI.

Wychodziłem z niej bardzo powoli będąc zalękniony i zagubiony, lecz On mnie przytulił i powiedział: Chodź, idziemy. Jak dziecko ruszyłem razem z Nim wiedząc, że poprowadzi mnie dobrą drogą, najlepszą z możliwych.

Zniknęliśmy za horyzontem.