Ach ci Koledzy

ACH CI KOLEDZY, KOLEDZY.

W 1980 roku ukończyłem szkołę budowlaną i natychmiast podjąłem pracę w firmie budowlanej ponieważ od dawna miałem marzenia bycia niezależnym finansowo. Nie słuchałem rad wychowawczyni, która zachęcała mnie do kontynuowania nauki w technikum po prostu interesowała mnie kasa i to nie za kilka lat, ale już teraz. W pracy imponowali mi starsi koledzy tj panowie po 50-tce, którzy dawali mi możliwość przebywania w ich towarzystwie i wypicia kielicha, a później coraz więcej i więcej alkoholu. Czułem się wtedy taki ważny, dorosły i niezależny. Zabawy, dyskoteki i alkohol. W 1985 roku zostałem powołany do wojska trafiłem do jednostki gdzie wpajano nam agresywne zachowania co sprawiało, że mieliśmy zapędy bandyckie czuliśmy się panami tego świata. Po siedmiu miesiącach przyjechałem do domu na pierwszy trzy dniowy urlop z powodu choroby matki czułem się kimś ważnym, a przede wszystkim bardzo dorosłym i mówiłem sobie teraz to mogę się napić i piłem bez umiaru. Po dwóch latach, kiedy wyszedłem z wojska trafiłem do środowiska lubującego się w bijatykach i rabunkach i słynącego z ostrego imprezowania, balangi z dużą ilością wypijanego alkoholu. W 1987 roku poznaję dziewczynę z którą się ożeniłem dwa lata później. Przez pierwsze trzy lata naszego małżeństwa było dość spokojnie ponieważ mieszkaliśmy u teściów i wszystko było pod ich kontrolą. Po trzech latach otrzymaliśmy klucze do własnego M i wtedy zaczął się koszmar dla mojej żony i mojej rocznej córeczki. Znikałem z kolegami i bawiliśmy się wypijając duże ilości alkoholu. Wracałem do domu wszczynałem burdy i znowu znikałem na kolejny tydzień żeby być z kolegami. Cały czas wydawało mi się, że ja mogę swoje picie kontrolować przecież dwa, trzy piwka i do tego seta to przecież nie nałóg. Ilu to porządnych inteligentnych ludzi uznaje to za normę, żeby po prostu być na tz. chodzie. Wśród kolegów prowadzone były rozmowy tego typu, że panem i władcą w swoim domu jesteś ty, a nie kobieta. Takie mowy podobały się nam pijącym utwierdzały nas w zwodniczym przekonaniu jacy to my jesteśmy ważni i szybko były wprowadzane te nauki w czyn po powrocie do swoich żon i dzieci. I tak całe 10 lat wracając pijany do domu terroryzowałem moją żonę i dzieci nakręcany przez pseudo kolegów. Nastał teraz dla mnie bardzo trudny czas ponieważ żona, matka i teściowa prosiły i cierpiały z powodu mojego kawalerskiego stylu życia charakteryzującego się zerem odpowiedzialności za rodzinę i swoje aroganckie zachowanie. Liczyło się to co powiedzieli koledzy. I tu nagle szok prawomocny wyrok za znęcanie się nad rodziną 2 lata w zawieszeniu na cztery i dozór kuratora sądowego. Na pierwszym spotkaniu kurator zaproponował mi pomoc w wyjściu z kryzysowej sytuacji. Powiedział, że wie jak mi pomóc tylko jest jeden warunek - moja na to zgoda i partnerstwo w realizowaniu pewnych zaleceń. Oczywiście przytaknąłem mu, ale nic traktowałem poważnie nałożonych na mnie obowiązków przez sąd. Unikałem dalszych spotkań z kuratorem. Uciekłem do Warszawy do pracy. Pracowałem ponad miesiąc, ale rodzina z tego nie miała żadnych korzyści ponieważ zarobione pieniądze były na miejscu przepijane z kolegami. Kiedy wróciłem ze stolicy byłem już kompletnie zdruzgotany bez prawa powrotu do domu i rodziny. Nawet moja matka wymówiła mi możliwość schronienia w swoim mieszkaniu. Błąkałem się od meliny do meliny, a jeżeli już i tam nie miałem wstępu spałem na ławkach w parkach. Coraz częściej miałem napady myśli samobójczych po wcześniejszej już próbie samobójczej na budowie w Niemczech.

No i wtedy na moje szczęście odnalazł mnie mój kurator. Nie krzyczał tylko zapytał czy pamiętam naszą pierwszą rozmowę i powiedział, że już powinien miesiąc temu napisać notatkę do sądu, że unikam dozoru co wiązało się z przekazaniem sprawy policji. Oświadczył, że w dalszym ciągu jest nastawiony aby mi pomóc. Kiedy mnie nie było przez dwa miesiące prowadził rozmowy z moją małżonką przedstawiając jej argumenty, że warto jeszcze podjąć jedną być może ostatnią próbę aby mi dać szansę wyjścia z życiowej zapaści. Kiedy któregoś razu w czasie wizyty była obecna moja teściowa słysząc słowa kuratora zdenerwowała się i powiedziała to nie ma najmniejszego sensu on wiele razy już na kolanach przysięgał, że się zmieni i jest jeszcze gorzej jak było wcześniej. Obie kobiety już tak miały mnie dość, że nie chciały ryzykować aby dopuścić do kolejnej awantury w mieszkaniu z udziałem męża i zięcia pijaka. Tłumaczyły, że muszą zapewnić bezpieczeństwo Karolinie i małemu Bartkowi. Kurator nie ustępował i próbował poprzez zadawanie podchwytliwych pytań czy one zdają sobie sprawę, że alkoholizm to choroba ? - przytakiwały, że tak, że są w pełni tego świadome, a więc mówił, że chorego powinno się leczyć, a nie zostawiać na pastwę kolesiów. Kiedy te sugestie nic nie zmieniły zapytał czy pamiętają weselne ślubowanie obu stron w kościele przed księdzem, Panem Bogiem i gośćmi weselnymi. Ślubowanie zapewniające o wzajemnej trosce, szacunku i miłości w biedzie, chorobie, aż do momentu, gdy ich śmierć nie rozłączy. Żona powiedziała tak przypomina sobie, ale to on nie dotrzymał pierwszy tej umowy, a nie ja. Kurator prosił aby, żona dała mi ostatnią szansę, sugerując, że jeżeli będę włóczył się po melinach czy parkach trudno mi będzie uwolnić się od kontroli kolesiów i że tym razem nie zostanie sama, że on ustali warunki mojego przyjęcia do domu na dwutygodniową próbę i deklarował, że przy pierwszym moim agresywnym zachowaniu sam postara się o wyeksmitowanie mnie z domu już na zawsze. Żona po wahaniach zaufała kuratorowi i mogłem przekroczyć próg nowego mieszkania do, którego się przeprowadziła ponieważ poprzednie większe opuściła pod moją nieobecność pracowałem wtedy za granicą było zadłużone z powodu, nie opłacanych należności czynszowych. Pierwszym i zasadniczym postawionym mi warunkiem było podjęcie terapii dla uzależnionych od alkoholu i to od zaraz i stały nawet kilka razy w tygodniu kontakt z kuratorem. Musiałem przystać na te warunki, ale i tak próbowałem kombinować, a mianowicie po terapii zaliczałem kilka piwek. Zostałem szybko napomniany i pouczony, że nie tak ma przebiegać moje wyjście z uzależnienia i otrzymałem kolejne wskazówki, które mówiąc szczerze olewałem. Znowu zacząłem unikać spotkań z kuratorem, ale ten na bieżąco kontaktował się z moją żoną i nie pozwalał mi na chodzenie swoimi drogami. Żona zniecierpliwiona nie widząc szybkich zmian oznajmiła kuratorowi, że nosi się z zamiarem aby wnioskować w sądzie o zmianę kuratora bo ona się spodziewała, że ten będzie mnie musztrował, straszył i złamie zło we mnie. Kiedy zobaczył, że nie stosuję się do wcześniejszych uzgodnień znowu znalazł mnie po kilku dniach i zaprosił do swojego biura oznajmiając, że nosi się z zamiarem przekazanie mnie do gestii sądu. W tym momencie zrozumiałem, że to jest gość bardzo mi przyjazny, ale nie frajer, którym można w nieskończoność manipulować. W mojej obecności ku mojemu niesamowitemu zaskoczeniu podziękował Panu Jezusowi za to, że wyciągnął go z trudnych życiowych sytuacji i mówił, że starał się pomóc Jackowi czyli mnie, ale jego możliwości się już wyczerpały i wypowiedział takie oto słowa „Panie Jezu ja rezygnuję z ciągnięcia tego człowieka wiem, że ty wszystko możesz uczyń z nim coś”. W tym momencie nieoczekiwanie zawołałem „Boże pomóż mi bo ja już nie mogę tak dalej”. I w tym momencie coś we mnie pękło. Józek mi pogratulował, wręczył małą niebieską książeczkę rozdawaną przez gedeonitów pt. „Nowy Testament” i zachęcił do czytania i kontynuowania udziału w spotkaniach w punkcie dla ludzi uzależnionych od alkoholu. Pamiętny dzień 23 wrzesień 2002 rok godz. 17:15 przeżyłem swoje drugie narodziny do nowego życia. Kiedy wychodziłem mój kurator zasugerował mi, że kolejnym bardzo ważnym krokiem, który muszę uczynić to całkowite oderwanie się od pijących kolegów i oświadczył, że on jest gotów już od dziś być tym pierwszym z nowej paczki, że mogę mówić mu po imieniu i spotykać się z nowym kolegą tyle razy w tygodniu ile tylko będę chciał.

Nastąpiło prawdziwe pojednanie z żoną Jolą, córką Karoliną synkiem Bartkiem, moją mamą i teściową. Moje życie ma nowy wymiar w aspektach relacji i miłości małżeńskiej, rodzicielskiej i społecznej. Pracuję i wszystkie pieniądze przynoszę do domu teraz z nich korzysta moja rodzina, a nie koledzy. Biorę udział w spotkaniach w klubie garnizonowym z młodymi żołnierzami wraz z moim kolegą kuratorem Józefem Stępniem, który ma stałe prelekcje w temacie uzależnień i związanymi z nimi konsekwencjami prawnymi, zatytułowane „Syndrom stanu kawalerskiego”. Czytając Biblię, zrozumiałem, dlaczego to niezgłębione bogactwo mądrości Bożej nazwane jest książką książek, dlatego jest bestsellerem wszechczasów. Odkryłem wiele niezwykłych, zdumiewających faktów. Poznaje je nadal. Poznaje Boga i poznaje człowieka. Poznałem prawdę o człowieku i prawdę o sobie samym. Prawdę najbardziej autorytatywną, bo pochodząca od Tego, kto zna człowieka najlepiej - od Stwórcy. Zrozumiałem wiele rzeczy, o których wcześniej nie miałem tak zwanego zielonego pojęcia. Tyle zachowań ludzkich, dziwnych i niezrozumiałych, stało się naraz oczywistymi, bo naturalnymi. Kto ja jestem? Skąd się tu wziąłem? Po co tu jestem na tym świecie i w tym właśnie czasie ?. Gdzie zmierzam? Co najważniejsze w moim życiu? Jak żyć... Długa lista pytań, przepełnionych frustracją i bez odpowiedzi, wypełniła się odpowiedzią prostą, oczywistą. Boży plan zbawienia człowieka, tak wyraźnie wykreślony w Biblii, przybrał realne wymiary i nigdy wcześniej nie podejrzewałem, że tyle w tym planie zwykłej logiki. W mojej mimo to krótkiej jeszcze relacji duchowej z Bogiem, już tak wiele otrzymałem odpowiedzi na modlitwy. Wcześniej w innych książkach znajdowałem wiedzę. Teraz, w tej znajduje mądrość o jakże niezbędną do pokonywania życiowych przeciwności.

Jacek Jasiński